niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział VI - Hogwarcie, witaj! Cz. I

Reszta sierpnia zleciała zaskakująco szybko. Wszyscy byli zadowoleni po ślubie Billa, przyjemna atmosfera nie zniknęła z następnym dniem i towarzyszyła Weasley’om ciągle. Wszyscy spotykali się na wspólnych kolacjach, ciesząc szczęściem młodej pary i zaśmiewając do łez. Wszyscy oprócz Ginny. 
Rudowłosa tęskniła za Harry’m, Hermioną, która rozumiała ją jak nikt inny mimo swojej ograniczonej wyobraźni… Nawet za Ronem! Za denerwującym, zbyt troskliwym Ronem, który traktował ją czasem jak mała dziewczynkę. Bała się o nich chyba bardziej nawet niż pani Weasley, która ukrywała łzy, krzątając się po kuchni i nucąc najnowsze piosenki Celestyny Werback.  Była to dość słaba przykrywka, zwłaszcza, że histerycznych szlochów nie dało się ukryć.
Ginny zaś przestała wychodzić z pokoju, a chłopcy przynosili jej jedzenie prosto do łóżka, mimo tego,  że tak naprawdę prawie go nie ruszała. Nocami płakała, martwiąc się i modląc, by im się udało i wyszli z tego cali i zdrowi.
Jednego wieczora zapukał do niej George. Uchylił drzwi, a kiedy uśmiechnęła się do niego, gramoląc się z kołdry, wszedł do pokoju.
Wydawał jej się bardziej żywy i wysoki niż zawsze  - może dlatego, że sama czuła się cholernie nijaka, niewidoczna i mała?
Usiadł na jej łóżku i podał kubek gorącej czekolady. Jego wzrok był twardy.
-Pij.
Wyraz jego twarzy nie złagodniał, dopóki prawie nie poparzyła sobie ust parującym płynem. Uśmiechnął się lekko i przysunął, by ją objąć. George Weasley wyglądał zaskakująco poważnie - jak nigdy. Nie był to może codzienny widok, ale na pewno dający do myślenia. Jeśli swoim zachowaniem odebrała część radości któremuś z bliźniaków, to musiała wziąć się w garść.
-Słuchaj, Gin… Oni dadzą radę. Cokolwiek robią. Zawsze dawali . – Pocałował ją w sam czubek głowy, ściskając mocno, jakby bał się, że lada chwila zniknie.
Zapamiętała ten wieczór, bo chwilę później wpadł Fred i razem dodali jej otuchy na tyle, by zeszła na dół pierwszy raz od trzech dni. Może to była magia, może zwykła miłość, nieważne. Ważne, że dali jej tak dużo, by Ginny poczuła się znów silna.
Kolejnego pięknego, słonecznego dnia Ginny obudziła się przed budzikiem – pierwszy raz od dawna z uśmiechem na ustach. Szybko wskoczyła pod prysznic, a z łazienki wyszła ubrana w dresową, lekką sukienkę do połowy uda, czarne, porwane rajstopy i krótkie, czarne półbuty. Długie, puszyste rude włosy były jeszcze lekko wilgotne.
Podeszła do łóżka, która posłała tak idealnie jak jeszcze nigdy i zaczęła pakować ubrania, których było tak dużo, że ledwo mieściły jej się do kufra. Na wierzchu ułożyła książki, szaty i pergaminy. Pomniejszyła wszystko, by móc dołączyć do tego kilka swoich książek, które przygotowywała przez wakacje. Musiała być gotowa na wszystko – każdy oprócz jej rodziców słyszał już o tym, że szkołę całkowicie opanowali Śmierciożercy. Westchnęła, by zbiec na dół akurat w momencie, kiedy Artur wołał ją, by razem z nią teleportować się na Pokątną. Przetargała swój kufer przez osłony i stanęła na wzgórzu. Artur złapał ją za rękę, by mogli teleportować się na małą, odosobnioną uliczkę przy peronie. Nie musiał wiedzieć, że już od roku umiała się teleportować.


***


Kiedy przeszła na Peron 9 i ¾ odetchnęła głęboko, wdychając głęboki zapach, za którym tak tęskniła. Wiedziała, że to będzie jej najcięższy rok i nie chodziło o naukę. Będzie to rok walki z poplecznikami Voldemorta, którzy rządzili w Hogwarcie. Chciała w tym uczestniczyć mimo świadomości, że coś może jej się stać. Musiała przyjąć na siebie niebezpieczeństwo, by chronić najbliższych. Nawet, jeśli ceną będzie jedno szesnastoletnie, gryfońskie życie.
Kilka minut przed jedenastą wsiadła do expressu, ciągnąc za sobą swój kufer i szukając jakiegoś wolnego przedziału. Wreszcie znalazła i już ciągnęła za klamkę, próbując otworzyć drzwi, kiedy poczuła silną rękę na nadgarstku. Odwróciła się, zaskoczona, i zobaczyła przystojną, tajemniczą twarz Blaise’a Zabiniego. Miał duże, bardzo inteligentne oczy i ciemne, krótkoprzystrzyżone włosy. Nigdy nie widziała, żeby się uśmiechał.
-O co chodzi? – zapytała, unosząc do góry podbródek. Niech tylko spróbuje jej coś zrobić, głupi Ślizgon…
Uniósł brew, patrząc na jej wyraz twarzy, pokręcił głową i… uśmiechnął się. Tak, to był uśmiech. Wykrzywił usta w cholernym, miłym uśmiechu. Uśmiechał się do niej, na Merlina!
Po chwili roześmiał się i przysunął bliżej, by szepnąć jej coś na ucho.
-Weasley, jeśli nie chcesz oberwać kilkoma paskudnymi zaklęciami zakameleonowanych Ślizgonów, którzy za pomocą magii zapachu próbowali cię tu zwabić… nie radzę wchodzić. Ja siedzę z Neville’m, Luną, Seamusem i kilkoma innymi… Wpadniesz?
Teraz już szczerzył się na całego, a ona zmarszczyła brwi i mały, kształtny nosek, drapiąc się w jego czubek, zdezorientowana.
W tym czasie pomyślał, że wygląda bardzo uroczo.
-Jesteś ze Slytherinu. Chcesz mnie zgwałcić i zostawić samą w którymś przedziale czy jesteś pod wpływem Imperiusa?
-Ginny Weasley, jesteś szalona! -  roześmiał się.  – Nie jestem tacy jak oni. Chodź, twoi przyjaciele czekają.
Uśmiechnęła się do niego i dała się pociągnąć wzdłuż korytarza, by już za chwilę zostać zgniecioną w zwierzęcym uścisku przez Neville’a Longbottoma, jej najlepszego przyjaciela. Kiedy objęła go wzrokiem, poczuła łzy pod powiekami. Wyglądał jak dorosły mężczyzna – dużo ćwiczył przez wakacje i widocznie dorósł. Wytarła łzy w jego koszulkę i przytuliła się jeszcze mocniej. Tak, to jest wreszcie dom.
-Cholera, wyładniałaś, niziołku! – zagwizdał gdzieś z tyłu Seamus, podchodząc i odciągając od niej kolegę z roku. – Neville, teraz moja kolej!
Uściskała wszystkich kolegów i Lunę, by wreszcie usiąść ściśnięta między Colinem a Blaise’m z szerokim uśmiechem na twarzy.
Przez pierwsze dwie godziny grali w eksplodującego durnia i czarodziejskie szachy, wymieniając się planami na najbliższe miesiące i opowiadając sobie o wakacjach.
Ginny zauważyła, że wysoki Ślizgon da się lubić, więc jego również wtajemniczyła w swoje plany obalenia Śmierciożerców. Wszyscy przyjęli je zaskakująco ciepło i wyrazili swoją aprobatę i chęć pomocy. Pierwszy raz czuła się tak doceniona. Opowiadała o tym, co przygotowała, coraz bardziej podekscytowana i  rozgorączkowana.
Wreszcie przerwał jej Neville.
-Eeee… - zająknął się. – Gin, co… możesz wytłumaczyć mi, co się dzieje?
-Ale o co chodzi? – posłała mu zdziwione spojrzenie swoich dużych, brązowych oczu.
Luna uśmiechnęła się.
-Och, nic takiego – wyjaśniła beztrosko. – Po prostu zaświeciłaś się jak bożonarodzeniowa choinka!
Seamus parsknął śmiechem, ale pokiwał gorliwie głową. A ona sama, wyraźnie zaskoczona, spojrzała na swoje ręce, którym towarzyszyła mocna, niebieska poświata i złoty blask. Wzruszyła ramionami.
-To nie ja, pewnie ktoś robi mi psikusa.
Zabini posłał Neville’owi szybkie spojrzenie, co – niestety – nie umknęło uwadze wyjątkowo sprytnej i spostrzegawczej – jak na drzewko -  rudowłosej choinki.
-Po prostu… wiesz, to twoja moc próbuje oddać twoje samopoczucie – Kiedy zobaczył, że otwiera oczy coraz szerzej, zaśmiał się. – Ale jesteś wyjątkowo ładną choinką!


***



Kiedy weszli do Wielkiej Sali uderzył ją wystrój wnętrza. Na suficie zamiast zawsze widocznych gwiazd i nieba można było dostrzec czaszki i węże, a wszystko było w kolorach Slytherinu. Większość Ślizgonów pyszniła się, rzucając zaklęcia na młodszych uczniów.
Ginny warknęła, czując jak wzbiera w niej moc i już chciała ruszyć w stronę stołu Slytherinu, kiedy poczuła czyjąś rękę na swojej.
Zdumiona popatrzyła w oczy McGonagall. Starsza czarownica uśmiechnęła się cierpko. Na jej twarzy widniało wyraźne zmęczenie i zrezygnowanie, ale na widok Ginny w oczach zatańczyły ciepłe błyski. Ścisnęła jej dłoń.
-Witaj, panno Weasley – powiedziała cicho, unosząc kąciki ust. – Dzień dobry, panie Longbottom, panie Finnigan, pani Lovegood i panie Zabini. Miło widzieć was ponownie.
Wicedyrektorka pierwszy raz powiedziała do kogoś po imieniu. Wiązało się to z wieloma rozmowami z Albusem na temat tej młodej, piekielnie silnej damy. Poczuła coś dziwnego – troskę o dziewczynę, kiedy wiedziała, że los szkoły będzie leżał w jej rękach. Albus może i miał związane ręce co do działań w szkole i musiał słuchać rozkazów Śmierciożerców, jeśli nie chciał, by wszyscy zginęli, ale nadal widział wszystko i umiał wyciągać wnioski.
McGonagall odchrząknęła, patrząc na jasną poświatę najmłodszej z Weasley’ów.
-Ginny, musisz hamować swoją moc, jeśli nie chcesz mnie spalić żywcem – uśmiechnęła się i faktycznie, teraz rudowłosa poczuła wyraźny prąd przebiegający po ich złączonych dłoniach. Puściła szybko, speszona.
-Uhm, pani profesor… ja nie wiem co się… - wyjąkała, ale opiekunka Gryffindoru uciszyła ją.
-Idź już do stołu, Weasley. Musisz coś zjeść. Potem zaprowadzisz pierwszaków do dormitorium. Spóźniliście się znacznie, więc ominęła Was ceremonia przydziału. Mamy dwudziestkę jedenastolatków i jednego siódmoroczniaka, który przybył do nas z innego kraju. Zmykaj już!
Ginny uśmiechnęła się z wdzięcznością do odmienionej, mniej surowej Minervy i pomknęła ku swojemu stołowi, gdzie została przywitana entuzjastycznymi okrzykami, śmiechami, piskami i uściskami, którym nie było końca.



***


Chciałabym zadedykować rozdział Marysi, bo mówi, że coraz bardziej podoba jej się moja historia:)
Wiem, że wyszło długo, dlatego też podzieliłam rozdział na dwie części.