Reszta
sierpnia zleciała zaskakująco szybko. Wszyscy byli zadowoleni po ślubie Billa,
przyjemna atmosfera nie zniknęła z następnym dniem i towarzyszyła Weasley’om
ciągle. Wszyscy spotykali się na wspólnych kolacjach, ciesząc szczęściem młodej pary i zaśmiewając do łez. Wszyscy oprócz Ginny.
Rudowłosa
tęskniła za Harry’m, Hermioną, która rozumiała ją jak nikt inny mimo swojej
ograniczonej wyobraźni… Nawet za Ronem! Za denerwującym, zbyt troskliwym Ronem,
który traktował ją czasem jak mała dziewczynkę. Bała się o nich chyba bardziej
nawet niż pani Weasley, która ukrywała łzy, krzątając się po kuchni i nucąc
najnowsze piosenki Celestyny Werback. Była to dość słaba przykrywka, zwłaszcza, że
histerycznych szlochów nie dało się ukryć.
Ginny zaś
przestała wychodzić z pokoju, a chłopcy przynosili jej jedzenie prosto do
łóżka, mimo tego, że tak naprawdę prawie
go nie ruszała. Nocami płakała, martwiąc się i modląc, by im się udało i wyszli
z tego cali i zdrowi.
Jednego wieczora
zapukał do niej George. Uchylił drzwi, a kiedy uśmiechnęła się do niego,
gramoląc się z kołdry, wszedł do pokoju.
Wydawał jej
się bardziej żywy i wysoki niż zawsze -
może dlatego, że sama czuła się cholernie nijaka, niewidoczna i mała?
Usiadł na jej
łóżku i podał kubek gorącej czekolady. Jego wzrok był twardy.
-Pij.
Wyraz jego
twarzy nie złagodniał, dopóki prawie nie poparzyła sobie ust parującym płynem.
Uśmiechnął się lekko i przysunął, by ją objąć. George Weasley wyglądał zaskakująco poważnie - jak nigdy. Nie był to może codzienny widok, ale na pewno dający do myślenia. Jeśli swoim zachowaniem odebrała część radości któremuś z bliźniaków, to musiała wziąć się w garść.
-Słuchaj,
Gin… Oni dadzą radę. Cokolwiek robią. Zawsze dawali . – Pocałował ją w sam
czubek głowy, ściskając mocno, jakby bał się, że lada chwila zniknie.
Zapamiętała
ten wieczór, bo chwilę później wpadł Fred i razem dodali jej otuchy na tyle, by
zeszła na dół pierwszy raz od trzech dni. Może to była magia, może zwykła
miłość, nieważne. Ważne, że dali jej tak dużo, by Ginny poczuła się znów silna.
Kolejnego
pięknego, słonecznego dnia Ginny obudziła się przed budzikiem – pierwszy raz od
dawna z uśmiechem na ustach. Szybko wskoczyła pod prysznic, a z łazienki wyszła
ubrana w dresową, lekką sukienkę do połowy uda, czarne, porwane rajstopy i
krótkie, czarne półbuty. Długie, puszyste rude włosy były jeszcze lekko
wilgotne.
Podeszła do
łóżka, która posłała tak idealnie jak jeszcze nigdy i zaczęła pakować ubrania,
których było tak dużo, że ledwo mieściły jej się do kufra. Na wierzchu ułożyła
książki, szaty i pergaminy. Pomniejszyła wszystko, by móc dołączyć do tego kilka
swoich książek, które przygotowywała przez wakacje. Musiała być gotowa na
wszystko – każdy oprócz jej rodziców słyszał już o tym, że szkołę całkowicie
opanowali Śmierciożercy. Westchnęła, by zbiec na dół akurat w momencie, kiedy
Artur wołał ją, by razem z nią teleportować się na Pokątną. Przetargała swój
kufer przez osłony i stanęła na wzgórzu. Artur złapał ją za rękę, by mogli
teleportować się na małą, odosobnioną uliczkę przy peronie. Nie musiał
wiedzieć, że już od roku umiała się teleportować.
***
Kiedy
przeszła na Peron 9 i ¾ odetchnęła głęboko, wdychając głęboki zapach, za którym
tak tęskniła. Wiedziała, że to będzie jej najcięższy rok i nie chodziło o
naukę. Będzie to rok walki z poplecznikami Voldemorta, którzy rządzili w
Hogwarcie. Chciała w tym uczestniczyć mimo świadomości, że coś może jej się
stać. Musiała przyjąć na siebie niebezpieczeństwo, by chronić najbliższych.
Nawet, jeśli ceną będzie jedno szesnastoletnie, gryfońskie życie.
Kilka minut
przed jedenastą wsiadła do expressu, ciągnąc za sobą swój kufer i szukając
jakiegoś wolnego przedziału. Wreszcie znalazła i już ciągnęła za klamkę,
próbując otworzyć drzwi, kiedy poczuła silną rękę na nadgarstku. Odwróciła się,
zaskoczona, i zobaczyła przystojną, tajemniczą twarz Blaise’a Zabiniego. Miał
duże, bardzo inteligentne oczy i ciemne, krótkoprzystrzyżone włosy. Nigdy nie
widziała, żeby się uśmiechał.
-O co
chodzi? – zapytała, unosząc do góry podbródek. Niech tylko spróbuje jej coś
zrobić, głupi Ślizgon…
Uniósł
brew, patrząc na jej wyraz twarzy, pokręcił głową i… uśmiechnął się. Tak, to
był uśmiech. Wykrzywił usta w cholernym, miłym uśmiechu. Uśmiechał się do niej,
na Merlina!
Po chwili
roześmiał się i przysunął bliżej, by szepnąć jej coś na ucho.
-Weasley,
jeśli nie chcesz oberwać kilkoma paskudnymi zaklęciami zakameleonowanych
Ślizgonów, którzy za pomocą magii zapachu próbowali cię tu zwabić… nie radzę
wchodzić. Ja siedzę z Neville’m, Luną, Seamusem i kilkoma innymi… Wpadniesz?
Teraz już
szczerzył się na całego, a ona zmarszczyła brwi i mały, kształtny nosek,
drapiąc się w jego czubek, zdezorientowana.
W tym
czasie pomyślał, że wygląda bardzo uroczo.
-Jesteś ze
Slytherinu. Chcesz mnie zgwałcić i zostawić samą w którymś przedziale czy
jesteś pod wpływem Imperiusa?
-Ginny
Weasley, jesteś szalona! - roześmiał
się. – Nie jestem tacy jak oni. Chodź,
twoi przyjaciele czekają.
Uśmiechnęła
się do niego i dała się pociągnąć wzdłuż korytarza, by już za chwilę zostać
zgniecioną w zwierzęcym uścisku przez Neville’a Longbottoma, jej najlepszego
przyjaciela. Kiedy objęła go wzrokiem, poczuła łzy pod powiekami. Wyglądał jak
dorosły mężczyzna – dużo ćwiczył przez wakacje i widocznie dorósł. Wytarła łzy
w jego koszulkę i przytuliła się jeszcze mocniej. Tak, to jest wreszcie dom.
-Cholera,
wyładniałaś, niziołku! – zagwizdał gdzieś z tyłu Seamus, podchodząc i
odciągając od niej kolegę z roku. – Neville, teraz moja kolej!
Uściskała
wszystkich kolegów i Lunę, by wreszcie usiąść ściśnięta między Colinem a
Blaise’m z szerokim uśmiechem na twarzy.
Przez
pierwsze dwie godziny grali w eksplodującego durnia i czarodziejskie szachy,
wymieniając się planami na najbliższe miesiące i opowiadając sobie o wakacjach.
Ginny
zauważyła, że wysoki Ślizgon da się lubić, więc jego również wtajemniczyła w
swoje plany obalenia Śmierciożerców. Wszyscy przyjęli je zaskakująco ciepło i
wyrazili swoją aprobatę i chęć pomocy. Pierwszy raz czuła się tak doceniona.
Opowiadała o tym, co przygotowała, coraz bardziej podekscytowana i rozgorączkowana.
Wreszcie
przerwał jej Neville.
-Eeee… -
zająknął się. – Gin, co… możesz wytłumaczyć mi, co się dzieje?
-Ale o co
chodzi? – posłała mu zdziwione spojrzenie swoich dużych, brązowych oczu.
Luna
uśmiechnęła się.
-Och, nic
takiego – wyjaśniła beztrosko. – Po prostu zaświeciłaś się jak bożonarodzeniowa
choinka!
Seamus
parsknął śmiechem, ale pokiwał gorliwie głową. A ona sama, wyraźnie zaskoczona,
spojrzała na swoje ręce, którym towarzyszyła mocna, niebieska poświata i złoty
blask. Wzruszyła ramionami.
-To nie ja,
pewnie ktoś robi mi psikusa.
Zabini
posłał Neville’owi szybkie spojrzenie, co – niestety – nie umknęło uwadze
wyjątkowo sprytnej i spostrzegawczej – jak na drzewko - rudowłosej choinki.
-Po prostu… wiesz, to twoja moc próbuje oddać twoje samopoczucie – Kiedy
zobaczył, że otwiera oczy coraz szerzej, zaśmiał się. – Ale jesteś wyjątkowo
ładną choinką!
***
Kiedy
weszli do Wielkiej Sali uderzył ją wystrój wnętrza. Na suficie zamiast zawsze
widocznych gwiazd i nieba można było dostrzec czaszki i węże, a wszystko było w
kolorach Slytherinu. Większość Ślizgonów pyszniła się, rzucając zaklęcia na
młodszych uczniów.
Ginny
warknęła, czując jak wzbiera w niej moc i już chciała ruszyć w stronę stołu
Slytherinu, kiedy poczuła czyjąś rękę na swojej.
Zdumiona
popatrzyła w oczy McGonagall. Starsza czarownica uśmiechnęła się cierpko. Na
jej twarzy widniało wyraźne zmęczenie i zrezygnowanie, ale na widok Ginny w
oczach zatańczyły ciepłe błyski. Ścisnęła jej dłoń.
-Witaj, panno Weasley – powiedziała cicho, unosząc kąciki ust. – Dzień dobry, panie Longbottom,
panie Finnigan, pani Lovegood i panie Zabini. Miło widzieć was ponownie.
Wicedyrektorka
pierwszy raz powiedziała do kogoś po imieniu. Wiązało się to z wieloma
rozmowami z Albusem na temat tej młodej, piekielnie silnej damy. Poczuła coś
dziwnego – troskę o dziewczynę, kiedy wiedziała, że los szkoły będzie leżał w
jej rękach. Albus może i miał związane ręce co do działań w szkole i musiał
słuchać rozkazów Śmierciożerców, jeśli nie chciał, by wszyscy zginęli, ale
nadal widział wszystko i umiał wyciągać wnioski.
McGonagall
odchrząknęła, patrząc na jasną poświatę najmłodszej z Weasley’ów.
-Ginny,
musisz hamować swoją moc, jeśli nie chcesz mnie spalić żywcem – uśmiechnęła się
i faktycznie, teraz rudowłosa poczuła wyraźny prąd przebiegający po ich
złączonych dłoniach. Puściła szybko, speszona.
-Uhm, pani
profesor… ja nie wiem co się… - wyjąkała, ale opiekunka Gryffindoru uciszyła
ją.
-Idź już do
stołu, Weasley. Musisz coś zjeść. Potem zaprowadzisz pierwszaków do
dormitorium. Spóźniliście się znacznie, więc ominęła Was ceremonia przydziału.
Mamy dwudziestkę jedenastolatków i jednego siódmoroczniaka, który przybył do
nas z innego kraju. Zmykaj już!
Ginny
uśmiechnęła się z wdzięcznością do odmienionej, mniej surowej Minervy i
pomknęła ku swojemu stołowi, gdzie została przywitana entuzjastycznymi
okrzykami, śmiechami, piskami i uściskami, którym nie było końca.
***
Chciałabym zadedykować rozdział Marysi, bo mówi, że coraz bardziej podoba jej się moja historia:)
Wiem, że wyszło długo, dlatego też podzieliłam rozdział na dwie części.