niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział VI - Hogwarcie, witaj! Cz. I

Reszta sierpnia zleciała zaskakująco szybko. Wszyscy byli zadowoleni po ślubie Billa, przyjemna atmosfera nie zniknęła z następnym dniem i towarzyszyła Weasley’om ciągle. Wszyscy spotykali się na wspólnych kolacjach, ciesząc szczęściem młodej pary i zaśmiewając do łez. Wszyscy oprócz Ginny. 
Rudowłosa tęskniła za Harry’m, Hermioną, która rozumiała ją jak nikt inny mimo swojej ograniczonej wyobraźni… Nawet za Ronem! Za denerwującym, zbyt troskliwym Ronem, który traktował ją czasem jak mała dziewczynkę. Bała się o nich chyba bardziej nawet niż pani Weasley, która ukrywała łzy, krzątając się po kuchni i nucąc najnowsze piosenki Celestyny Werback.  Była to dość słaba przykrywka, zwłaszcza, że histerycznych szlochów nie dało się ukryć.
Ginny zaś przestała wychodzić z pokoju, a chłopcy przynosili jej jedzenie prosto do łóżka, mimo tego,  że tak naprawdę prawie go nie ruszała. Nocami płakała, martwiąc się i modląc, by im się udało i wyszli z tego cali i zdrowi.
Jednego wieczora zapukał do niej George. Uchylił drzwi, a kiedy uśmiechnęła się do niego, gramoląc się z kołdry, wszedł do pokoju.
Wydawał jej się bardziej żywy i wysoki niż zawsze  - może dlatego, że sama czuła się cholernie nijaka, niewidoczna i mała?
Usiadł na jej łóżku i podał kubek gorącej czekolady. Jego wzrok był twardy.
-Pij.
Wyraz jego twarzy nie złagodniał, dopóki prawie nie poparzyła sobie ust parującym płynem. Uśmiechnął się lekko i przysunął, by ją objąć. George Weasley wyglądał zaskakująco poważnie - jak nigdy. Nie był to może codzienny widok, ale na pewno dający do myślenia. Jeśli swoim zachowaniem odebrała część radości któremuś z bliźniaków, to musiała wziąć się w garść.
-Słuchaj, Gin… Oni dadzą radę. Cokolwiek robią. Zawsze dawali . – Pocałował ją w sam czubek głowy, ściskając mocno, jakby bał się, że lada chwila zniknie.
Zapamiętała ten wieczór, bo chwilę później wpadł Fred i razem dodali jej otuchy na tyle, by zeszła na dół pierwszy raz od trzech dni. Może to była magia, może zwykła miłość, nieważne. Ważne, że dali jej tak dużo, by Ginny poczuła się znów silna.
Kolejnego pięknego, słonecznego dnia Ginny obudziła się przed budzikiem – pierwszy raz od dawna z uśmiechem na ustach. Szybko wskoczyła pod prysznic, a z łazienki wyszła ubrana w dresową, lekką sukienkę do połowy uda, czarne, porwane rajstopy i krótkie, czarne półbuty. Długie, puszyste rude włosy były jeszcze lekko wilgotne.
Podeszła do łóżka, która posłała tak idealnie jak jeszcze nigdy i zaczęła pakować ubrania, których było tak dużo, że ledwo mieściły jej się do kufra. Na wierzchu ułożyła książki, szaty i pergaminy. Pomniejszyła wszystko, by móc dołączyć do tego kilka swoich książek, które przygotowywała przez wakacje. Musiała być gotowa na wszystko – każdy oprócz jej rodziców słyszał już o tym, że szkołę całkowicie opanowali Śmierciożercy. Westchnęła, by zbiec na dół akurat w momencie, kiedy Artur wołał ją, by razem z nią teleportować się na Pokątną. Przetargała swój kufer przez osłony i stanęła na wzgórzu. Artur złapał ją za rękę, by mogli teleportować się na małą, odosobnioną uliczkę przy peronie. Nie musiał wiedzieć, że już od roku umiała się teleportować.


***


Kiedy przeszła na Peron 9 i ¾ odetchnęła głęboko, wdychając głęboki zapach, za którym tak tęskniła. Wiedziała, że to będzie jej najcięższy rok i nie chodziło o naukę. Będzie to rok walki z poplecznikami Voldemorta, którzy rządzili w Hogwarcie. Chciała w tym uczestniczyć mimo świadomości, że coś może jej się stać. Musiała przyjąć na siebie niebezpieczeństwo, by chronić najbliższych. Nawet, jeśli ceną będzie jedno szesnastoletnie, gryfońskie życie.
Kilka minut przed jedenastą wsiadła do expressu, ciągnąc za sobą swój kufer i szukając jakiegoś wolnego przedziału. Wreszcie znalazła i już ciągnęła za klamkę, próbując otworzyć drzwi, kiedy poczuła silną rękę na nadgarstku. Odwróciła się, zaskoczona, i zobaczyła przystojną, tajemniczą twarz Blaise’a Zabiniego. Miał duże, bardzo inteligentne oczy i ciemne, krótkoprzystrzyżone włosy. Nigdy nie widziała, żeby się uśmiechał.
-O co chodzi? – zapytała, unosząc do góry podbródek. Niech tylko spróbuje jej coś zrobić, głupi Ślizgon…
Uniósł brew, patrząc na jej wyraz twarzy, pokręcił głową i… uśmiechnął się. Tak, to był uśmiech. Wykrzywił usta w cholernym, miłym uśmiechu. Uśmiechał się do niej, na Merlina!
Po chwili roześmiał się i przysunął bliżej, by szepnąć jej coś na ucho.
-Weasley, jeśli nie chcesz oberwać kilkoma paskudnymi zaklęciami zakameleonowanych Ślizgonów, którzy za pomocą magii zapachu próbowali cię tu zwabić… nie radzę wchodzić. Ja siedzę z Neville’m, Luną, Seamusem i kilkoma innymi… Wpadniesz?
Teraz już szczerzył się na całego, a ona zmarszczyła brwi i mały, kształtny nosek, drapiąc się w jego czubek, zdezorientowana.
W tym czasie pomyślał, że wygląda bardzo uroczo.
-Jesteś ze Slytherinu. Chcesz mnie zgwałcić i zostawić samą w którymś przedziale czy jesteś pod wpływem Imperiusa?
-Ginny Weasley, jesteś szalona! -  roześmiał się.  – Nie jestem tacy jak oni. Chodź, twoi przyjaciele czekają.
Uśmiechnęła się do niego i dała się pociągnąć wzdłuż korytarza, by już za chwilę zostać zgniecioną w zwierzęcym uścisku przez Neville’a Longbottoma, jej najlepszego przyjaciela. Kiedy objęła go wzrokiem, poczuła łzy pod powiekami. Wyglądał jak dorosły mężczyzna – dużo ćwiczył przez wakacje i widocznie dorósł. Wytarła łzy w jego koszulkę i przytuliła się jeszcze mocniej. Tak, to jest wreszcie dom.
-Cholera, wyładniałaś, niziołku! – zagwizdał gdzieś z tyłu Seamus, podchodząc i odciągając od niej kolegę z roku. – Neville, teraz moja kolej!
Uściskała wszystkich kolegów i Lunę, by wreszcie usiąść ściśnięta między Colinem a Blaise’m z szerokim uśmiechem na twarzy.
Przez pierwsze dwie godziny grali w eksplodującego durnia i czarodziejskie szachy, wymieniając się planami na najbliższe miesiące i opowiadając sobie o wakacjach.
Ginny zauważyła, że wysoki Ślizgon da się lubić, więc jego również wtajemniczyła w swoje plany obalenia Śmierciożerców. Wszyscy przyjęli je zaskakująco ciepło i wyrazili swoją aprobatę i chęć pomocy. Pierwszy raz czuła się tak doceniona. Opowiadała o tym, co przygotowała, coraz bardziej podekscytowana i  rozgorączkowana.
Wreszcie przerwał jej Neville.
-Eeee… - zająknął się. – Gin, co… możesz wytłumaczyć mi, co się dzieje?
-Ale o co chodzi? – posłała mu zdziwione spojrzenie swoich dużych, brązowych oczu.
Luna uśmiechnęła się.
-Och, nic takiego – wyjaśniła beztrosko. – Po prostu zaświeciłaś się jak bożonarodzeniowa choinka!
Seamus parsknął śmiechem, ale pokiwał gorliwie głową. A ona sama, wyraźnie zaskoczona, spojrzała na swoje ręce, którym towarzyszyła mocna, niebieska poświata i złoty blask. Wzruszyła ramionami.
-To nie ja, pewnie ktoś robi mi psikusa.
Zabini posłał Neville’owi szybkie spojrzenie, co – niestety – nie umknęło uwadze wyjątkowo sprytnej i spostrzegawczej – jak na drzewko -  rudowłosej choinki.
-Po prostu… wiesz, to twoja moc próbuje oddać twoje samopoczucie – Kiedy zobaczył, że otwiera oczy coraz szerzej, zaśmiał się. – Ale jesteś wyjątkowo ładną choinką!


***



Kiedy weszli do Wielkiej Sali uderzył ją wystrój wnętrza. Na suficie zamiast zawsze widocznych gwiazd i nieba można było dostrzec czaszki i węże, a wszystko było w kolorach Slytherinu. Większość Ślizgonów pyszniła się, rzucając zaklęcia na młodszych uczniów.
Ginny warknęła, czując jak wzbiera w niej moc i już chciała ruszyć w stronę stołu Slytherinu, kiedy poczuła czyjąś rękę na swojej.
Zdumiona popatrzyła w oczy McGonagall. Starsza czarownica uśmiechnęła się cierpko. Na jej twarzy widniało wyraźne zmęczenie i zrezygnowanie, ale na widok Ginny w oczach zatańczyły ciepłe błyski. Ścisnęła jej dłoń.
-Witaj, panno Weasley – powiedziała cicho, unosząc kąciki ust. – Dzień dobry, panie Longbottom, panie Finnigan, pani Lovegood i panie Zabini. Miło widzieć was ponownie.
Wicedyrektorka pierwszy raz powiedziała do kogoś po imieniu. Wiązało się to z wieloma rozmowami z Albusem na temat tej młodej, piekielnie silnej damy. Poczuła coś dziwnego – troskę o dziewczynę, kiedy wiedziała, że los szkoły będzie leżał w jej rękach. Albus może i miał związane ręce co do działań w szkole i musiał słuchać rozkazów Śmierciożerców, jeśli nie chciał, by wszyscy zginęli, ale nadal widział wszystko i umiał wyciągać wnioski.
McGonagall odchrząknęła, patrząc na jasną poświatę najmłodszej z Weasley’ów.
-Ginny, musisz hamować swoją moc, jeśli nie chcesz mnie spalić żywcem – uśmiechnęła się i faktycznie, teraz rudowłosa poczuła wyraźny prąd przebiegający po ich złączonych dłoniach. Puściła szybko, speszona.
-Uhm, pani profesor… ja nie wiem co się… - wyjąkała, ale opiekunka Gryffindoru uciszyła ją.
-Idź już do stołu, Weasley. Musisz coś zjeść. Potem zaprowadzisz pierwszaków do dormitorium. Spóźniliście się znacznie, więc ominęła Was ceremonia przydziału. Mamy dwudziestkę jedenastolatków i jednego siódmoroczniaka, który przybył do nas z innego kraju. Zmykaj już!
Ginny uśmiechnęła się z wdzięcznością do odmienionej, mniej surowej Minervy i pomknęła ku swojemu stołowi, gdzie została przywitana entuzjastycznymi okrzykami, śmiechami, piskami i uściskami, którym nie było końca.



***


Chciałabym zadedykować rozdział Marysi, bo mówi, że coraz bardziej podoba jej się moja historia:)
Wiem, że wyszło długo, dlatego też podzieliłam rozdział na dwie części.







sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział V - Wydajcie nam chłopaka!

Kiedy na weselu Billa i Fleur pojawił się patronus Kinglseya, goście wpadli w panikę.
Wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się w popłochu do wyjścia, w jednej sekundzie. Rodzina starała się ich uspokoić, ale na marne. Coraz bardziej zdenerwowany Artur Weasley stanął na środku. Pot spływał mu po twarzy, na której widniały niedbale przekrzywione okulary.
-Spokój! – sapnął, lecz został tylko bardziej poturbowany przez przestraszony tłum.
Ginny rozejrzała się, wyciągając różdżkę. Wśród wielu znajomych sylwetek dostrzegła Harry’ego, który chwytał za rękę Hermionę i już biegli w stronę Rona. Zaklęła, rozgoryczona.
Idealny moment, by zniknąć, Potter. Punkt dla ciebie.
Ciotka Muriel wrzeszczała na wszystkich wokoło, robiąc jeszcze większe zamieszanie. Z całej siły dała wujkowi Stemariusowi w twarz, bo nie przepuścił jej przy wejściu.
Tylko Luna i jej ojciec, Ksenofilius Lovegood, podążali do wyjścia ze stoickim spokojem i, uśmiechnięci, gawędzili ze sobą beztrosko.
Fleur i pani Weasley zalały się łzami, kiedy pan młody je wyprowadzał.
-Taki piękny ślub, takie wesele na marne! – łkała Molly, ciągnąc świeżo upieczoną, przepiękną synową.
Ginny podskoczyła, gdy przez ogólny hałas przedarł się głośny ryk.
-WSZYSCY ZATRZYMAĆ SIĘ!
W jednej chwili głosy ucichły, ostatnie osoby wymknęły się z namiotu i pobiegły w noc, a każdy z obecnych patrzył w stronę wejścia ze strachem.
Ku rodzinie i Remusowi zmierzało około dwudziestu zakapturzonych postaci. Mieli przewagę, bo w środku była tylko cała oprócz Ronalda linia męska rodzeństwa Weasley, roztrzepana głowa rodziny Artur, gotowy do walki za przyjaciół Remus Lupin i… Ginny.
Lunatyk ścisnął mocno jej dłoń i wystąpił przed nią, by ją zasłonić.
Trzy pierwsze postacie podeszły najbliżej, stanęły na środku i ostrożnie zdjęły kaptury z głów. Reszta pozostała niezidentyfikowana, ale tych doskonale znali. Na swoje własne nieszczęście.
Bellatrix Lestrange wyglądała, jakby była szalona – a przy tym właśnie szaleńczo piękna. Rozglądała się na wszystkie strony, nawijając kruczoczarne, potargane włosy na różdżkę i nucąc pod nosem. Fenrir Greyback – jak to on – obleśnie się uśmiechał, bo cholernie pragnął utoczyć komuś krwi i posilić się jego gardełkiem. Lucjusz Malfoy tylko stał, a już miał poczucie wyższości nad wszystkimi ze zgromadzonych.
Wyjątkowo postawne, wysokie postacie za nimi wyraźnie nastawione były na obronę swoich przyjaciół po fachu. Jedna z  nich machnięciem różdżki rozbroiła przeciwników, posyłając ich broń na najdalszy stół w kącie.
-Cholera – warknęła Gin, a Remus wręcz musiał się uśmiechnąć.
Bellatrix spojrzała w ich stronę i jej wielkie, brązowe oczy zaświeciły się jak najnowsze z galeonów.
-Proszę, proszę! – zaśmiała się piskliwie. – Kogo my tu mamy? To ta malusia zdzira Pottusia? Mów, dziewczyno, gdzie on jest?!
Ginny wepchnęła się przed wystraszonego o nią Lupina i tylko patrzyła na starszą kobietę z pogardą. Bała się – kto by się nie bał? Lestrange była przecież chora umysłowo, a przynajmniej takiej sprawiała wrażenie. Dla Voldemorta zrobiłaby wszystko, bez wyjątku. Ale musieli zachować zimną krew i nie rzucać im swojej godności pod nogi.
-Czemu nie odpowiadasz, zuchwała dziewczyno? – wrzasnęła Bellatrix, przybierając na twarzy odcień dojrzałych pomidorów.
-Bo jesteś suką – odrzekła spokojnie najmłodsza z rodzeństwa Weasley i uśmiechnęła się.
Artur jęknął i oparł się na blacie, bo nagle zrobiło mu się słabo. Co też ta dziewczyna wyprawia? Jego córeczka tak się naraża…
Fred i George spoglądali to na siebie, to na „ulubioną”, jak zwykli mawiać, siostrę, zupełnie nie wiedząc  czy śmiać się, czy płakać.
Percy, jak zawsze poważny i wyprostowany, trząsł się lekko ze strachu, próbując zachować kamienną twarz. Psychologia walki – tego uczyli go w ministerstwie – nie wolno okazywać strachu.  Ginny była w tym niesamowita.
Charlie powtarzał tylko w myślach „Moje smoczątko, moje biedne, małe smoczątko...”.
Bill zaś patrzył groźnie na Śmierciożerców myśląc, że jeśli zrobią coś jego małej Gin-Gin, rozszarpie ich wszystkich choćby zębami i nie będzie miał skrupułów. Wymienił z Lupinem porozumiewawcze spojrzenia. Przynajmniej będzie miał cholernego wspólnika.
-Co ty powiedziałaś? – Bellatrix zrobiła kilka kroków do przodu.
-Och, nic takiego – odparła beztrosko rudowłosa. – Tylko tyle, że z ciebie zepsuta, szalona suka.
Przeciwniczka wrzasnęła z furią i wymierzyła jakieś zaklęcie. Ze złości ręce trzęsły jej się tak bardzo, że zielony strumień światła minął jednak Ginny o włos. Ta zaśmiała się w głos.
-W dodatku o zaskakująco małej mocy, Lestrange.
Greyback wyraźnie zachichotał i przytrzymał czarownicę. Tym razem do przodu wystąpił opanowany i wyniosły Malfoy. Wyglądał jak zawsze – obślizgle i strasznie.
-Wydajcie nam Pottera! Mała zdrajczyni… Na pewno wiesz, gdzie jest twój chłoptaś!
-Chciałabym… - wychrypiała. – Zostawcie nas, my też nie mamy żadnych informacji.
Bellatrix nie wytrzymała. Szybko wyrwała się z objęć wilkołaka.
-Crucio! – Szaleństwo w jej głosie sięgnęło zenitu. – Crucio, crucio, crucio!
Weasley upadła na podłogę, jej ciało wygięło się w wysoki łuk i dopiero po chwili opadło, by znów zacząć się wić z bólu na posadzce. Czuła, jak jej wnętrzności przeszywa milion lodowatych igieł, jak armia goblinów maszeruje po orbicie jej organów. Wreszcie boleśnie upadła, uderzając się w głowę.
Jej bracia krzyczeli coś głośno, ale Śmierciożercy zadbali oto – trzymali ich, uniemożliwiając jakiekolwiek ruchy.
-Gdzie twój chłopak? Gdzie wasz syn i brat, zdrajca krwi, i ta szlama?! – warknął Lucjusz, nieprzekonany.
W tym momencie jednak do namiotu wpadła Tonks z Kingsley’em. Szybko rozbroili kilka postaci, odsyłając różdżki sprzymierzeńcom.
Cztery zaklęcia – bliźniaków (cudownie połączone w połowie drogi w magiczną całość), Billa, Charlie’go i Percy’ego pomknęły w stronę Bellatrix, która straciła przytomność w zderzeniu z nimi. Nie trwało to jednak długo – ocknęła się minutę później, wstała i z dzikim krzykiem wściekle biegła w stronę Ginny. Wreszcie wystrzeliła zaklęciem, wołając:
-Ty mała, niewdzięczna zdziro!
Jednak Weasley, jedna z najlepszych hogwartckich przedstawicielek drużyny Quidditcha od wielu lat, zręcznie odskoczyła w tył, wykonując przewrót w powietrzu i lądując bez zachwiania na stole.
Bill zagwizdał, odrywając oczy od walki i wpatrując się w nią, przez co dostał małym ogłuszaczem od Augustusa Rookwooda.
Dziewczyna warknęła i cisnęła w Bellatrix klątwę, myśląc o Harry’m. Choćby nie wiem co, będzie go chronić.






sobota, 26 lipca 2014

Rozdział IV - Do zobaczenia, Jestem Ginny

Rozdział ze specjalną dedykacją dla Mariki, bo prosi mnie o nie ciągle :( Miłego wyjazdu tak w ogóle! <3 :) I dzięki za motywację! Następne co tydzień!

***




W dzień wesela Ginny była na nogach już o szóstej rano, by pomóc w  dekorowaniu podwórza. Narzuciła na siebie luźną, szarą sukienkę, wsunęła stopy w czarne pantofelki i zeszła po schodach, mijając rozemocjonowaną Gabrielle – młodszą siostrę Fleur, która również miała być druhną.
-Fleur jest prześliczną ziewszyną! Chcesz zajrzić? – zagruchała.
Weszły do pokoju, w którym trwały przygotowania panny młodej. Miała na sobie tylko bieliznę i robiony na bieżąco makijaż, więc Ginny pokręciła głową i uśmiechnęła się słodko.
-Gabrielle, słońce ty moje, o czym ty, na Merlina, mówisz? Ona nie jest gotowa!
Podeszła do Fleur, ucałowała ją w oba policzki i zapewniła, że wszystko pójdzie idealnie, po czym  zeszła na dół.
Harry, ustawiający z Ronem i Charlie’m stoły i krzesła, przywitał się z nią niesamowicie słodkim i przyjemnym całusem w usta, by chwilę później ją przytulić.
Molly Weasley uśmiechnęła się, otarła łzę z kącika oka i powróciła do robienia wraz z matką swojej synowej szwedzkiego stołu.
George i Fred zawieszali balony i inne dekoracje, dbając o wspaniały wygląd otoczenia.
Artur wraz z panem Delacour przechadzali się tam i z powrotem, od swoich żon do pokojów w Norze, szykując noclegi.
Dzisiejszy dzień miał być najpiękniejszym dniem całego lata. Na tę myśl Ginny zachichotała. No, może poza jednym…



                                                                          ***


Ginny, mimo że była bardzo zmęczona i śpiąca, stała wytrwale w swojej złotej, pięknej sukni (Oczywiście według ciotki Muriel zbyt bardzo wydekoltowanej! Nie omieszkała tego wytknąć. Na głos. Kiedy Ginny szła z panną młodą do Billa.) za Fleur całą ceremonię. Uroniła nawet kilka łez, ciesząc się ze szczęścia jej brata i myśląc, czy kiedyś będzie jej dane stanąć przed ołtarzem z jej ukochanym. Była pewna, że resztę życia chce spędzić z Harry’m Jamesem Potterem. A teraz miał zniknąć nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na ile, nie wiadomo po co… I nie wiadomo też, czy wróci.
Odgoniła od siebie te myśli i uśmiechnęła się, posyłając Hermionie porozumiewawcze spojrzenie. Ta zrobiła smutną minę i widać było, że jej przykro.
Wreszcie po pięknym zakończeniu ślubu (długim, miłosnym pocałunku pary młodej i kilkoma znaczącymi chrząknięciami Muriel) Bill podziękował wszystkim gościom i zaprosił ich na zabawę do namiotu.
Ginny przypadło  odprowadzenie kilku młodych czarodziejów, znajomych Fleur z Francji, którzy, niestety, doskonale mówili po angielsku. Obsunęła szybko sukienkę niżej i poprawiła lśniące włosy tak, by choć częściowo zasłaniały jej dekolt. Szła w stronę grupy Francuzów naburmuszona, póki Artur nie spojrzał na nią karcąco, udając, że unosi palcami kąciki ust. Przywołała więc uśmiech, zgromiła ojca wyjątkowo mocnym spojrzeniem i zatrzymała się przed młodymi mężczyznami.
-Dzień dobry – zagruchała, wciąż patrząc na Artura ze słodkim uśmiechem i oczami ciskającymi byłskawice. – Pozwolicie, żebym zaprowadziła was do namiotu?
Zamrugała uroczo oczami, a gdzieś z tyłu jej ojciec parsknął śmiechem, odchodząc wraz z jej ciotkami.
-No, no, no – zagwizdał jeden z jej nowych podopiecznych. Był wysoki, umięśniony i pewny siebie. Miał zaskakująco ładny, choć widocznie kokieteryjny uśmieszek, kiedy przesunął oczyma po jej smukłej sylwetce. – Jestem Maxwell Cesar, bardzo, bardzo daleki kuzyn Fleur.
Prawie roześmiała się kpiąco, kiedy wyjątkowo dźwięcznie i mocno podkreślał te swoje „bardzo”, jakby przekazując jej, że nie są rodziną i mogą się trochę zbliżyć.
Potem przedstawił jej się średniowysoki, cholernie napakowany czarnowłosy Guy, który był dość burkliwy a jego głos brzmiał prawie tak, jak ciężki baryton Hagrida.
Trzeci chłopak wydał jej się najbardziej interesujący i sympatyczny. Był najwyższy z nich, miał jaśniejsze, brązowe włosy, w których widać było kilka złotych kosmyków. Jasne, kształtne usta uniesione były bardzo lekko w prawie niewidocznym uśmiechu. Był dobrze zbudowany, ale bez przesady. Tylko jego oczy owiane były tajemnicą. Ciemne, prawie czarne, błyszczące i przenikliwe. Zaskakująco przyciągające. Jak magnez.
-Basile – wyciągnął do niej rękę, a ona podała mu swoją, po chwili czując na niej lekki pocałunek. Szarmancki!
Nie było w tym geście nic osobliwego, kokieteryjnego – był poważny, z dobrego domu
i po prostu przejął maniery od dobrze wychowanych Francuzów.
- Jestem Ginny – uśmiechnęła się łagodnie, patrząc mu prosto w oczy.
-Witaj, Jestem Ginny. Miło się na ciebie patrzy – zakomunikował.
-Hej, hej, Bas, byłem WYRAŹNIE pierwszy! – odciągnął go z uśmiechem Maxwell, ujmując ją pod rękę.
Pochylił się nad nią tak, że jego długie włosy muskały jej czoło i wyszeptał jej coś na ucho, niby to przelotnie i przypadkowo dotykając jaj karku a później policzka. Odsunęła się od niego tylko troszeczkę, uśmiechnęła się wyjątkowo prowokacyjnie i zrobiła gest, jakby miała ująć go za tors. I zrobiła to, przysunęła się do niego, położyła mu dłonie na klatce piersiowej i z całej siły kopnęła go w krocze.
Pisnął wyjątkowo wysoko, łapiąc się za bolące miejsce i odsunął się od niej. Zaczął kląć coś po francusku, oburzony.
-Ty szalona dziewczyno! Taki diabeł w takiej małej… - Był wyraźnie rozgorączkowany a potem jakby go olśniło i zmienił ton na swój tryb uwodziciela. – Zawsze jesteś taka?
Basile położył mu rękę na ramieniu.
-Uważaj, bo pani się zdenerwuje i stracisz to i owo – uśmiechnął się chłodno i  odszedł , prowadząc pod rękę bardzo zdenerwowaną i chyba bliską łez Ginny.
-Chcę wiedzieć, o co pytał? – rzucił ostrożnie, przyglądając się jej do niedawna promiennej twarzy.
-Och, o nic takiego. Chciał tylko wiedzieć, czy pomogę mu rozgościć się w jego wyjątkowo pustym pokoju… – Rudowłosa zaczerwieniła się lekko. – … A „po wszystkim” w pościeleniu łóżka.
 -Palant – syknął, dodając jej otuchy ściśnięciem dłoni i pokrzepiającym uśmiechem.
Weszli do pięknie przystrojonego, ogromnego, złotego namiotu i poszukali stolika, gdzie mogliby spokojnie usiąść, z daleka od upierdliwej rodziny Ginny i napastliwych kolegów Basile’a.
Wszystko wyglądało wspaniale. Magiczny zespół ustawiał się na scenie pod wielkim, kwiecistym napisem „Sto lat młodej parze!” i wyjątkowo pięknymi zdjęciami przystojnego Billa i ślicznej Fleur. A Fred i George... och, Fred i George zabawiali razem piękną kuzynkę półwilę. Parsknęła, widząc to. Oni dwaj... Och, biedna dziewczyna.
-Ile masz lat, Jestem Ginny? – zapytał chłopak, nalewając jej szampana.
-Szesnaście, skończyłam kilka dni temu.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Już otwierał buzię, kiedy dobiegł ich męski głos.
-W takim razie dzieli was tylko nieszczęsny rok.
Odwrócili się i zobaczyli czerwonego na twarzy Rona, który wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Obok niego stał Harry, wyjątkowo poważny i wyprostowany pod postacią jakiegoś rudowłosego chłopca z sąsiedztwa. Gdyby spojrzenia mogły zabijać… Och, lepiej nie myśleć.
-To twoi…? – zapytał Basile, unosząc brew.
Harry już chciał coś odwarknąć, ale Ginny szybko mu przerwała.
-Kuzyn! I brat – posłała Harry’emu wyjątkowo wściekłe, kocie spojrzenie, bo wiedziała, że gdyby tylko zabrał głos, zaraz by się wygadać. A nie można było ufać nieznajomym.
Francuz uniósł brwi jeszcze wyżej.
-W takim razie nie będę wam przeszkadzał. – Zmierzył chłopców długim spojrzeniem, uśmiechnął się kpiąco i wstał. – Do zobaczenia, Jestem Ginny.
Odszedł, nim zdołała odburknąć jakieś pożegnanie. Śledziła go wzrokiem i dopiero gdy całkiem zniknął z pola widzenia, syknęła:
-Ron, co ty, na Merlina, wyprawiasz?
-Och, mam patrzeć, jak moja siostra flirtuje z jakimś ohydnym Francuzem?
-Poznałam go przed pięcioma minutami! – krzyknęła, wstając. – A ty, Harry? Też myślisz, że byłabym na tyle inteligentna, by wdawać się z nim z jakieś bliższe relacje?
Harry nie odpowiedział.
-Świetnie – warknęła. – Re-we-la-cyj-nie. Żegnam panów, wy cholerni hipokryci.
Odwróciła się na pięcie, zarzuciła swoimi wyjątkowo pięknymi włosami i odeszła szybko, byleby tylko znaleźć się od nich jak najdalej. Niedługo ją zostawią – jej najlepsi przyjaciele!, nie mówiąc jej, po co wyruszają w tak daleką drogę i nie pozwalają, by znalazła sobie nowych znajomych. Och, jasne, kiedy oni będą w trójkę ratować świat, ona ma siedzieć sama i płakać. Niedoczekanie!
-Jezu, jaka ona piękna – wykrztusił Harry, po czym oberwał w głowę.
-Ej, to moja siostra, palancie! Obiecałeś!


niedziela, 20 lipca 2014

Rozdział III - "Nie pali się?"

      Nocne wiadomości szybko rozeszły się po domu, ponieważ bracia postanowili zostawić Ginny z jej nocnymi, kocimi ścieżkami. Pobiegli szybko do Nory i obudzili wszystkich braci, (przy okazji też Artura) Remusa i Hermionę. Bill ledwo trzymał się na nogach, a Charlie wyraźnie zażył czegoś mocniejszego. Puszyste włosy Hermiony przybrały jeszcze bardziej na objętości.
Usiedli po turecku i usiłowali wyrównać oddechy i uspokoić rozkołatana serca bijące identycznie.
-Co się, do cholery, stało, że budzisz mnie o pierwszej w nocy na dzień przed moim weselem, nie dając mi się wyspać? – warknął Bill na Freda.
-Ciiiiiicho, staruszku – syknął Ron. – Pamiętasz, kiedy umawialiśmy się na zebrania? No, więc to musi być coś ważnego.
-Wyjątkowo inteligentne, Ronusiu – mruknął Charlie pod nosem, za co oberwał w plecy.
Pośmiali się jeszcze chwilę, czekając na wyjątkowego gościa, wezwanego w trybie natychmiastowym, który, jak stwierdzili bliźniacy, będzie wiedział, o co tu chodzi.
Wszyscy spoglądali z niecierpliwością to na zegar, to na drzwi, oczekując wizyty. Jednak ich gość pojawił się z cichym pyknięciem, wychodząc z kominka, chrząkając i otrzepując swoje odświętne, karmazynowe szaty.
Albus Dumbledore rozejrzał się zdumiony po twarzach męskich przedstawicieli całej tej pozrzucanej z innych rodzin familii i odchrząknął pod nosem, wskazując na zegarek.
-Nie pali się? – wymamrotał, naprawdę zdziwiony nagłością sytuacji, chowając wyciągniętą przed siebie różdżkę.
-Coś gorszego – pokiwał gorliwie głową George.
-Och, tak, o wiele!
Starzec rozejrzał się po wolnych miejscach w pokoju. Wypadałoby usiąść na tej wyjątkowo wygodnej kanapie?  Westchnął ciężko, przetarł zaspane oczy, poprawił przekrzywione, zakurzone okulary-połówki i smutnym wzrokiem obejmując miękki mebel zasiadł na podłodze w utworzonym przez mężczyzn kręgu. Och, i przez Hermionę. Tak, mężczyzn i Hermionę.
-Słuchajcie. A więc szliśmy sobie koło jeziora i szliśmy, omawiając nasz nowy genialny produkt, który nazywa się…
-…zamknij się, ty idioto! To tajemnica, ty głupi…
-… no, nieważne! I nagle, co widzimy, Freddie?
-Widzimy Ginny! – uzupełnił tamten, wlepiając swoje ciemne oczy w Dumbledore’a a potem w całą resztę.
-No, niezupełnie, stary… - uzupełnił George, klepiąc Dumbledore’a, do którego było to skierowane, po dłoni.
Remus parsknął śmiechem.
-Widzimy lwicę! I to jaką, cudowną, wielką, zwinną, smukłą… No, lwa jak z bajki!
-Typowa królowa – uzupełnił Fred.
-A ten lew jak się nie zmienił w Ginny…
Chłopcy zaczęli gestykulować, przekrzykując siebie nawzajem, więc Hermiona wywróciła oczyma, rzucając na drzwi i ściany zaklęcie ciszy. Albus skwitował to lekkim drgnięciem ust, oznaczającym uśmiech uznania.
-Jest animagiem. Pierwszą białą lwicą jaskiniową w historii! – wykrzyknął wreszcie Fred, zatykając leżącemu pod jego kolanami George’owi usta koszulą.
Dumbledore zachłysnął się Ognistą Whisky, którą przed momentem nalał mu Remus (w tym momencie lejący ją na podłogę z otwartymi ustami w miejsce, gdzie powinna znajdować się upuszczona i pobita literatka Artura).
-I dlatego chcielibyśmy wiedzieć,  co to oznacza! –skwitował George z triumfalnym uśmiechem, posyłając związanemu Fredowi spojrzenie pod tytułem „wygrałem!”.
Hermiona burknęła coś, nadal w szoku, żeby sznury na nadgarstkach i kostkach chłopaka rozwiązały się i zniknęły.
-To znaczy… - zaczęła z oczami wielkimi i świecącymi jak galeony, ale uniesieniem ręki przerwał jej dyrektor.
-Pozwoli pani, pani Granger?
Kiwnęła głową.
-Forma animagiczna w wieku lat szesnastu to niemały wyczyn! Oczywiście James Potter, Syriusz Black czy też Peter Pettigrew za swoich szkolnych czasów doskonale ją opanowali, ale ich zwierzęta były…pospolite. Mimo to, dokonali czegoś naprawdę doniosłego, bo niewielu czarodziejom się to udaje! Trzeba być wyjątkowym – odchrząknął znacząco. – Ale tylko dziesięciu czarodziejom znanym temu światu udało się opanować formę animagiczną, która nie przypada na nikogo innego bądź też wyginęła. Zaliczał się do tego sam Merlin, który, jak mówią goblinie legendy,  już w wieku lat dziewięciu przybrał swoją muszkę owocówkę, która…
Remus parsknął szaleńczym śmiechem, uderzając raz po raz pięściami w podłogę.
-Przepraszam, co? – zaryczał.
Dumbledore zignorował go jednak.
-O czym ja to? Ach, no tak, nieważne.  Ja z moją formą feniksa,  mój młodszy brat i jego różowy jednorożec, dwóch wybitnie uzdolnionych astronomicznie bliźniaków-Szkotów, którzy przybrali formę kameleonów,  jeden metamorfomag z Azji – tygrys szablozęby, Grindewald ze swoim dik-dikiem, skandynawski poszukiwacz skarbów zamieniający się w wombata, jakiś facet, ale nigdy nie mogę go spamiętać! I wreszcie… Tom Riddle, zanim stał się Voldemortem. Został przepięknym pegazem. A teraz panna Weasley i jej drapieżny biały lew jaskiniowy… Nieprawdopodobne. Nie do pojęcia, jak mówię.
Artur westchnął ciężko.
-Czy nasze przypuszczenia się sprawdziły?
Bill i Charlie posłali mu zdumione spojrzenia, a Albus kontynuował.
-Obserwowałem waszą siostrę od dłuższego czasu, bo cały rok, i poczyniła ona ogromne postępy. Wiecie sami, że Hogwart wyczuwa wielkich czarodziejów… - odchrząknął, lekko zakłopotany. – Nie chodzi tylko o patronusa w czwartej klasie… Pod koniec tego roku Ginny podpadła na lekcji Severusa Snape’a. Mieliśmy spotkać się w moim gabinecie we trójkę, żeby wszystko wyjaśnić. Stała się rzecz niewiarygodna! Severus przyszedł przed czasem, oczywiście podając hasło moim filarom, by się odrobinę przesunęły… Po minutach kilku usłyszeliśmy kroki i wejście tak po prostu się otworzyło, a Fawkes zaczął swą radosną pieśń i wylądował na ramieniu panny Weasley.
-Niewiarygodne, doprawdy… - szeptał Remus pod nosem, masując skronia.
-Hogwart ustępuje tylko największym czarodziejom – odrzekła dumna Hermiona.
-I na pani widok drży znacząco, a Fawkes wzlatuje w powietrze – odpowiedział jej dyrektor, a ona zarumieniła się.
Teraz dowodzenie przejął zafrasowany i bardzo, bardzo zmęczony ojciec. Artur czuł obowiązek, by chronić Ginny i jej moc.
-Z Albusem zauważyliśmy, jak siła waszej siostry wzrasta. Stała się na naszych oczach wyjątkową czarodziejką. Jest jedyną dziewczyną z waszej całej siódemki i może to uczyniło ją wyjątkową? – zapytał retorycznie, wbijając uporczywe spojrzenie w Dumbledore’a.
Jeszcze nie teraz – wysłał mu za pomocą Legilimencji.
Dyrektor kiwnął głową.
-Tak, to pewnie to – potwierdził, niby to pewny swoich słów.
-Uderzenie czystej magii waszej siostry mogłoby zabić najsilniejszego czarodzieja. Zauważyliście poświatę unoszącą się nad nią, jej aurę? To jej siła. Jej moc. Musimy ją chronić.
Bill, jako najbardziej dojrzały z rodzeństwa, wstał i otrzepał szaty.
-Przyrzekam, że będę chronił naszą wyjątkową czarownicę, jaką jest Ginny Weasley, gotów poświęcić nawet życie w jej obronie.
Po chwili każdy po kolei wstawał i wygłosił tę samą kwestię, wyciągając przed siebie różdżkę i stykając jej koniec z końcami różdżek pozostałych obecnych.

- Dzisiejsze spotkanie było tajemnicą – powiedział śmiertelnie poważnie Albus Dumbledore, znikając w kominku Nory.

wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział II - Wyjątkowy spacer bliźniaków.

Kilka dni przed ślubem pani Weasley, pani Delacour, która była niesamowicie piękną kobietą, oraz sama Fleur  biegały po Norze w całym tym ogromnym rozgardiaszu pilnując, by wszystko dopięte było na ostatni guzik. Na zmianę wrzeszczały na wszystkich i wybuchały płaczem, padając sobie w ramiona.
Ginny przyglądała się temu z kpiącym uśmieszkiem, siedząc po turecku na kanapie 
w salonie i przygotowując dodatkowy prezent dla Billa. Właśnie skończyła ostatnią przymiarkę swojej złotej sukni i pomiędzy siódmym a ósmym dźgnięciem szpilką przez nieco zdenerwowaną kuzynkę Fleur, Bernadettę, wpadła na ten pomysł. Postanowiła zrobić magiczny, czarnobiały kolaż ruszających się zdjęć rodzeństwa Weasley jeszcze 
za czasów „wolności” Billa z wściekle czerwonym napisem „Na zawsze”.
Na pierwszym zdjęciu Fred i George unieśli ją do góry i posadzili na swoich ramionach. Zdjęcie zostało zrobione tego lata. Chłopcy uśmiechali się promiennie i machali do aparatu, spoglądając na nią z czułością, a Ginny śmiała się w głos, usiłując zachować równowagę.
Kolejne zdjęcie przedstawiało ich pod choinką, kiedy miała 14 lat. Bill i Charlie objęli ją 
z obydwóch stron mocnym uściskiem, bliźniacy unieśli kciuki, dając sobie nawzajem kuksańce. George dodatkowo okładał Freda książką od Historii Magii, która musiała należeć do Hermiony. Kto inny czytałby Historię Magii w święta? Kto w ogóle czytałby 
w święta?
Zaśmiała się, bo na tej samej fotografii mignął Percy, który ustawił aparat i biegł na złamanie karku, by załapać się na rodzinne zdjęcie.
Z tyłu stał Ron, który doprawił mu różki za pomocą dwóch palców.
Trzecia fotografia przedstawiała Ginny i Rona na błoniach, obejmujących się niezgrabnie. Mieli rozwiane włosy, zamglone oczy i widać było, że są szczęśliwi.
 Ron złożył na jej policzku mokrego, braterskiego całusa.
Na następnym zdjęciu byli Bill i Charlie przy smokach w Rumunii ze śmiesznymi minami, potem Ron rzucający śnieżkami w Percy’ego i Billa. Dokleiła jeszcze kilka zabawnych, wyjątkowo słodkich zdjęć z dzieciństwa i spojrzała na puste miejsce.
Ostatnie zdjęcie było najpiękniejsze. Przedstawiało tegoroczne walentynki (wypadły akurat ferie zimowe), kiedy wszyscy bracia ubrali się w garnitury, muszki czy krawaty, przygładzili włosy (Zachichotała myśląc, że tylko Harry nie miał tyle szczęścia) i otoczyli ją, ubraną w różową sukienkę w serduszka, która rozszerzała się w pasie. Wyglądali uroczo, stojąc czy klęcząc przed nią z wyciągniętymi do niej dłońmi, udając jej zalotników. Bill był taki beztroski, a teraz Flegma miała to zmienić?
Odwróciła się, kiedy jakaś delikatna, mała dłoń wylądowała na jej ramieniu.
-O czym myślisz, Gin-Gin? – zapytała cicho Hermiona. – Boże, to moja książka od Historii Magii! Niech ja go tylko… Zastanawiałam się, dlaczego jest taka wygięta! Niech cię szlag, George’u Weasley’u!
Spojrzała na przyjaciółkę i uśmiechnęła się. Hermiona była bardzo ładną czarodziejką. Miała burzę brązowych, puszystych włosów, różowe, pełne policzki, nieśmiały uśmiech
 i ładną, szczupłą, ale zdrową figurę. Mimo to często płakała jej w ramię z powodu swoich licznych kompleksów, których Ginny nie rozumiała.
Zignorowała paplanie o zemście na jednym z bliźniaków i westchnęła nieskończenie ciężko i nieskończenie głęboko.
-Znowu myślisz o Fleur, prawda?
-Tak – odpowiedziała, zaciskając usta. – Wiesz, niby nie jest zła, ale on zawsze był inny… A jeśli się zmieni?
Hermiona wybuchła perlistym, głośnym śmiechem i popukała się w czoło.
-Daj spokój, Gin! Kto jak kto, ale ty go znasz! Bill się nie da tej całej  Flegmie – zakończyła rozmowę z chytrym uśmieszkiem i szybko uściskała rudowłosą.


                                                                            ***

Ginny przechadzała się po skraju lasu tuż przy jeziorze, węsząc. Przyspieszyła krok do truchtu a wiatr dodawał jej skrzydeł. Przeskoczyła zręcznie i wysoko nad sporą skałą. Zmrużyła kocie oczy, rozglądając się. Ktoś się zbliżał!

George i Fred Weasley’owie wybrali się na przechadzkę tuż po zmierzchu, by w spokoju  obmyślić nowe produkty bez okazji bycia podsłuchanym przez Uszy Dalekiego Zasięgu – czyli, bądź co bądź, ich własną, cholerną broń!
Własnie kłócili się o coś półgłosem, zawzięcie gestykulując, kiedy zza najbliższych krzewów wyskoczył dość duży kształt, lądując kilka metrów przed nimi.
-Aaaaaaaaaaaa! Czy to…
-…lew?! – dokończył Fred, szukając niezdarnie swojej różdżki.
Widząc przerażenie w ich oczach, Ginny zachichotała w duchu, obserwując sytuację.
Po chwili skupiła całą swoją magię, warknęła, wytwarzając wokół siebie niesamowicie jasną, białą poświatę i zmieniła się z powrotem w człowieka.
Wybuchła śmiechem, siadając na ziemi, by nie upaść. Boże, tak uroczo wyglądali, wycofując się powoli i nie mogąc znaleźć różdżek! Z jej oczu pociekły łzy i teraz już naprawdę nie mogła się uspokoić.
-Ginewro Molly Weasley… - zaczął Fred.
-…chciałaś, żebyśmy zeszli na zawał?! – George zrobił wielkie oczy.
Po chwili krzyczenia (Jesteś podła, siostro!), gróźb („Jeśli powiesz o tym Ronusiowi, udoskonalę twojego upiorogracka i pierwszy raz to ty go posmakujesz!”), błagania (Proszę, nie mów mamie, będzie się z nas śmiać do końca życia!), dołączyli do niej 
na trawie.
-Teraz poważnie – powiedział Fred, kiedy już się uspokoiła.
George przeczesał włosy ręką i przetarł twarz.
-Jak to zrobiłaś?
Uśmiechnęła się z politowaniem.
-Jestem animagiem, Georgie, animagiem.
Młodszy z bliźniaków o mało co się nie opluł. Ich mała, krucha siostrzyczka miała prawdopodobnie więcej mocy magicznej niż oni wszyscy. A  niż Percy i Charlie szczególnie! Nie wiedzieli co powiedzieć. Spojrzeli po sobie szybko, usiłując zataić
 przed nią wstyd.
-Ktoś o tym wie?
-McGonagall – odparła. - Przyłapała mnie na błoniach i, swoją drogą, wybrałyśmy się wtedy na kocią, nocną przechadzkę… - odparła zakłopotana.
Fred roześmiał się.
-Ach, to przecież normalne, wymykać się z zamku jako kot pod osłoną nocy
 z wicedyrektorką…
-Czekaj. Jakim jesteś gatunkiem?
-Białą lwicą jaskiniową. Nie było jeszcze w historii takiego animaga! – uśmiechnęła się
 z dumą, powtarzając słowa opiekunki domu.
Że co, kurde? Na Merlina, cholera jasna, motyla noga.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział I - Dzień z życia Harry'ego Pottera.

Każdy kto znał Ginewrę Weasley musiał stwierdzić, że wyrosła na nieziemsko piękną kobietę. 
Była niewysoka, co wcale nie ujmowało jej urodzie – wręcz przeciwnie – przysparzało więcej uroku.
 Miała szczupłą, wysportowaną, świetną sylwetkę oraz niezaprzeczalne atuty w postaci dobrze ukształtowanej miseczki C oraz tyłów, które zostały uznane tytułem
 „Najgorętszej Patrii w Szkole” (w skrócie NPS). Na pewno zauważył to i docenił
 Dean Thomas, dość bezwstydnie próbujący dostać się do kształtów Ginny, która,
 o co z Neville’m Longbottomem założył się wygrany Seamus Finnigan, potraktowała
 go wyjątkowo mocnym i odrażającym upiorograckiem.
Co romantyczniejsi chłopcy zachwycali się w swoich wierszach, piosenkach i poematach długimi do pępka rudymi, ognistymi włosami dziewczyny, brązowymi, przenikającymi na wskroś oczami, które w przyjemnych chwilach przybierały odcień pitnego, złotego miodu, zaokrągloną, bladą twarzą, słodkimi piegami na górze małego nosa 
i lekkoróżowych policzków, filigranową figurą, delikatnością i klasą oraz, co chyba najważniejsze, różowymi, prześlicznie ukształtowanymi, pełnymi ustami, które, jak twierdził Michael Corner, smakowały jak ambrozja i doprowadzały do szaleństwa podobnie jak zapach dziewczyny.
Ale rudowłosa nie tylko tym zachwyciła Harry’ego Pottera.
Według niego jej największym atutem był charakter i sposób bycia.  Nie znał drugiej tak piekielnie silnej czarodziejki, jaką była Ginny.  Była niesamowicie… sobą. Tak, według niego te określenie oddawało wszystko. 
Zmotywowana do walki, broniąca siebie i swoich przyjaciół, honorowa, oddana, silna, odważna. Nie dawała się zastraszać, umiejętnie panowała nad ogromem swojej mocy, który niektórych wręcz przerażał. Przy swojej dumie, zahartowaniu i sile fizycznej oraz osobowościowej, pozostawała wyczulona na innych. Za punkt honoru postawiła sobie ochronę swoich bliskich, za których skoczyłaby w ogień. 
Była przy tym stanowcza – potrafiła krzyknąć, warknąć, odpyskować  i postawić do pionu nawet starszych i bardziej doświadczonych czarodziejów. Wydawało się też, że urodziła się, by być przywódczynią i dokonać czegoś wielkiego.
A tak wielka, nieokrzesana siła i magia zamknięte zostały w tak małej, kruchej wydawałoby się osóbce, jaką była Ginewra Weasley.
Może dlatego Harry tak bardzo cieszył się na ten dzień – chciał go spędzić z rudowłosą pięknością żegnając się z nią przy okazji. Za trzy dni – tuż po weselu – mieli wyjechać,
 by raz na zawsze utorować sobie drogę do pokonania Toma Riddle’a.
Potter wstał z łóżka i westchnął. Podszedł do lustra i krytycznym okiem spojrzał na swoje włosy, które sterczały na wszystkie strony. Spróbował je jakoś przygładzić, ale na marne. Za każdym razem wracały do pierwotnej postaci. Wreszcie zrezygnował, nakładając jedynie trochę czarodziejskiego żelu do włosów. Spryskał się perfumem, który 
na siedemnaste urodziny podarowała mu Hermiona, poprawił kołnierz i wyszedł, 
by spotkać się z Ginny nad jeziorem.  
Przechodząc przez kuchnię dostrzegł uśmiechy bliźniaków.
-Nasz mały Harruś… - zaczął George.
-…taki wystrojony! – Fred ochoczo dokończył.
-Och, Freddie, tak szybko dorastają! – Pierwszy z braci otarł wyimaginowaną łzę z kącika oka.
-Masz rację Georgie, masz rację.
-Och, stulcie twarze, bo oberwiecie jakimś upiornym zaklęciem Huncwotów – zachichotał Harry, rzucając ścierką we Freda. Szybko wybiegł z kuchni, śmiejąc się.
Był wyjątkowo ciepły, przyjemny dzień. Słońce świeciło i ogrzewało cały teren wokół Nory, a przyjemny, chłodny wiatr chronił przed całkowitą gorączką.
Harry Potter zmierzał ku jeziorku, trzymając w dłoniach koszyczek truskawek
 i czekoladę. Próbował być romantyczny, ale, na Merlina, chyba słabo mu to wyszło. 
   Kiedy był już na miejscu, rozejrzał się w poszukiwaniu najmłodszej z Weasley’ów.
O Boże. Przez chwilę stał, starając się dojść do siebie i oswoić widokiem.  
Ginny leżała na piasku z rozpuszczonymi włosami i zamkniętymi oczami, opalając się. Na sobie miała jedynie skąpe, czarno-złote bikini, które idealnie podkreślało
 i uwydatniało jej kształty.
 Harry przełknął ślinę, podziwiając skąpo odziane, długie nogi dziewczyny, szczupłą, wymodelowaną sylwetkę, piękne biodra i górne partie ciała.  
Cholera jasna, jak można wyglądać tak idealnie?
-Nie musisz się na mnie tak gapić, Harry – powiedziała dziwnym głosem, nie otwierając oczu.
Zarumienił się i prawie potknął, mrucząc coś pod nosem o tym, że wcale się nie gapił.
-Skąd… skąd ty… Na Merlina!
-Wszystko gra? – uśmiechnęła się, ale w tym geście było coś bardzo chłodnego.
Pokiwał szybko głową, nadal nie mogąc oderwać oczu od jej ciała. Jęknął w myślach, karcąc się za nagłe rozproszenie. Stała czujność, panie Potter, stała czujność!
-Chodź, przysiądziesz się?                                           
W kilka sekund już siedział obok niej wygodnie, wpatrując się w jej uroczą twarz. Nie widział już żaru w jej spojrzeniu, coś się zmieniło. Mógł dojrzeć jedynie rezerwę w jej zachowaniu i dystans w jej oczach, jakby coś ją powstrzymywało.
-Gin, coś się stało?
Parsknęła.
-Co się miało stać, Harry? Myślisz, że coś mnie mogło zranić? – udała zaskoczoną. – Może jeszcze to, że wyjeżdżasz za trzy dni, by narażać swoje życie wraz z moim bratem i najlepszą przyjaciółką i kompletnie nic mi o tym nie mówisz? Och, nie!
W myślach bił głową w ścianę. Idiota, idiota, idiota!
-Może to, że dowiaduję się tego od Hermiony, która już nie wytrzymuje udawania i ukrywania tego przede mną, bo jej na mnie ZALEŻY, Harry Jamesie Potterze? – warknęła. – Och, nie, jak mogłabym być zła o taki banał, nie uważasz?
Tym razem jęknął naprawdę i przeczesał szybko włosy dłonią. Wyciągnął do niej rękę, ale odsunęła się jak oparzona.
-Ginny, mi na tobie naprawdę zależy! – spojrzał na nią błagalnie. – Musisz mi uwierzyć!
Widząc wściekłość na samego siebie w jego wyrazie twarzy, Ginny złagodniała.
-Nie mówię, że nie. Nie mówię. Tylko pomyśl, w jakim świetle mnie to stawia? Ron nie może przestać wygłaszać te swoje kąśliwe uwagi, wszyscy uważają, że robię sobie nadzieję, bo dla ciebie jestem tylko małą, nic nie znaczącą dziewuchą, a ty? Ty zamiast zaprzeczyć, wyrządzasz mi taki numer. To nie jest fair, Harry.
-Ja nie chciałem, ty musisz…
-Nie mów mi co muszę a czego nie. Przynajmniej nie teraz – powiedziała chłodno. – Spotkajmy się tutaj dzisiaj o dwudziestej pierwszej.
Wstała, otrzepała pupę  z piasku i ruszyła wolno do Nory. Harry nie wiedział, co ma robić – zastanawiać się, jak ją przeprosić czy podziwiać sposób jej chodu.



 *  * *




Ginny usiadła na piasku wieczorem marząc, by ten wieczór się udał, obył bez żadnych kłótni i był… po prostu perfekcyjny.  
Rozpuściła rude, długie włosy, które teraz powiewały lekko na wietrze. Włożyła cieniutką, przewiewną, białą rozkloszowaną od linii pod piersiami sukienkę zapinającą się u góry na trzy delikatne, różowe guziczki i odsłaniające szyję oraz górną część dekoltu. Miała spierzchnięte, wyjątkowo jasne dziś wieczór usta. 
Kiedy zobaczyła Harry’ego w dżinsowej koszuli serce zabiło jej szybciej i wzleciało szybciej w piersi, trzepocząc skrzydełkami.
Objął ją wzrokiem i zaniemówił, podziwiając przez chwilę to, jak wygląda. Była zdecydowanie najpiękniejszą czarownicą, jaką znał.
Już po chwili znalazł się tuż obok niej, lekko całując ją w usta.
-Dobry wieczór, piękna – szepnął.
-Dobry wieczór, Harry – zarumieniła się i przymknęła oczy.
-Nie gniewasz się już? – zapytał z nadzieją w głosie, obejmując ją.
-Nie. Rozumiem cię i będę musiała się z tym pogodzić.
Przez chwilę siedziała, widocznie się denerwując, by za chwilę całkowicie się rozluźnić. Chwilę później odwróciła się do niego i przysunęła blisko.
-Cholera, Ginny, nawet nie wiesz, jak wyglądasz…
-Jak? – zapytała z figlarnym uśmiechem.
-Jesteś dzisiaj tak anielsko delikatna a przy tym taka piękna...
Nachyliła się i pocałowała go mocno w usta. Tak strasznie za tym tęskniła...
Po wielu pocałunkach i po kilku wyznaniach Ginny ułożyła się na jego  torsie i wtuliła w niego, a on otoczył ją ramionami, całując w czoło.
-Wrócisz, Harry? – zapytała cichutko.
-Wrócę, ale tylko wtedy, kiedy obiecasz, że będziesz na mnie czekać – odparł równie cicho i przytulił ją mocno do siebie.
Podniosła się lekko i pocałowała go. W tym pocałunku było coś innego... W nim przekazali sobie to, czego słowa nie mogły oddać.
-Kiedy mnie nie będzie… możesz mieć kogoś, bo wiem, że wielu chce cię mieć. Możesz z nimi być, jeśli będziesz chciała. Ale myślę, że poczekasz na mnie, bo wiesz, że jestem tym jedynym. Ja też na ciebie poczekam. A kiedy wrócę porzucisz wszystko, co miałaś. Porzucisz wszystkich, którzy patrzyli na ciebie łakomym wzrokiem i rzucisz mi się w ramiona, a ja pokażę ci, jak bardzo cię kocham. Pokażę, że ze mną jesteś bezpieczna i pokażę ci niebo. A potem się z tobą ożenię, Ginny  Weasley.
Na dźwięk tych słów zadrżała.
Leżeli tak jeszcze długo, napawając się miłością, która im towarzyszyła.