Rozdział ze specjalną dedykacją dla Mariki, bo prosi mnie o nie ciągle :( Miłego wyjazdu tak w ogóle! <3 :) I dzięki za motywację! Następne co tydzień!
***
W dzień
wesela Ginny była na nogach już o szóstej rano, by pomóc w dekorowaniu podwórza. Narzuciła na siebie
luźną, szarą sukienkę, wsunęła stopy w czarne pantofelki i zeszła po schodach,
mijając rozemocjonowaną Gabrielle – młodszą siostrę Fleur, która również miała
być druhną.
-Fleur jest
prześliczną ziewszyną! Chcesz zajrzić? – zagruchała.
Weszły do
pokoju, w którym trwały przygotowania panny młodej. Miała na sobie tylko
bieliznę i robiony na bieżąco makijaż, więc Ginny pokręciła głową i uśmiechnęła
się słodko.
-Gabrielle,
słońce ty moje, o czym ty, na Merlina, mówisz? Ona nie jest gotowa!
Podeszła do
Fleur, ucałowała ją w oba policzki i zapewniła, że wszystko pójdzie idealnie,
po czym zeszła na dół.
Harry,
ustawiający z Ronem i Charlie’m stoły i krzesła, przywitał się z nią
niesamowicie słodkim i przyjemnym całusem w usta, by chwilę później ją
przytulić.
Molly
Weasley uśmiechnęła się, otarła łzę z kącika oka i powróciła do robienia wraz z
matką swojej synowej szwedzkiego stołu.
George i Fred
zawieszali balony i inne dekoracje, dbając o wspaniały wygląd otoczenia.
Artur wraz
z panem Delacour przechadzali się tam i z powrotem, od swoich żon do pokojów w
Norze, szykując noclegi.
Dzisiejszy
dzień miał być najpiękniejszym dniem całego lata. Na tę myśl Ginny
zachichotała. No, może poza jednym…
***
Ginny, mimo
że była bardzo zmęczona i śpiąca, stała wytrwale w swojej złotej, pięknej sukni
(Oczywiście według ciotki Muriel zbyt bardzo wydekoltowanej! Nie omieszkała
tego wytknąć. Na głos. Kiedy Ginny szła z panną młodą do Billa.) za Fleur całą
ceremonię. Uroniła nawet kilka łez, ciesząc się ze szczęścia jej brata i
myśląc, czy kiedyś będzie jej dane stanąć przed ołtarzem z jej ukochanym. Była
pewna, że resztę życia chce spędzić z Harry’m Jamesem Potterem. A teraz miał
zniknąć nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na ile, nie wiadomo po co… I nie wiadomo
też, czy wróci.
Odgoniła od
siebie te myśli i uśmiechnęła się, posyłając Hermionie porozumiewawcze
spojrzenie. Ta zrobiła smutną minę i widać było, że jej przykro.
Wreszcie po
pięknym zakończeniu ślubu (długim, miłosnym pocałunku pary młodej i kilkoma
znaczącymi chrząknięciami Muriel) Bill podziękował wszystkim gościom i zaprosił
ich na zabawę do namiotu.
Ginny
przypadło odprowadzenie kilku młodych
czarodziejów, znajomych Fleur z Francji, którzy, niestety, doskonale mówili po
angielsku. Obsunęła szybko sukienkę niżej i poprawiła lśniące włosy tak, by
choć częściowo zasłaniały jej dekolt. Szła w stronę grupy Francuzów
naburmuszona, póki Artur nie spojrzał na nią karcąco, udając, że unosi palcami
kąciki ust. Przywołała więc uśmiech, zgromiła ojca wyjątkowo mocnym spojrzeniem
i zatrzymała się przed młodymi mężczyznami.
-Dzień
dobry – zagruchała, wciąż patrząc na Artura ze słodkim uśmiechem i oczami
ciskającymi byłskawice. – Pozwolicie, żebym zaprowadziła was do namiotu?
Zamrugała
uroczo oczami, a gdzieś z tyłu jej ojciec parsknął śmiechem, odchodząc wraz z
jej ciotkami.
-No, no, no
– zagwizdał jeden z jej nowych podopiecznych. Był wysoki, umięśniony i pewny
siebie. Miał zaskakująco ładny, choć widocznie kokieteryjny uśmieszek, kiedy
przesunął oczyma po jej smukłej sylwetce. – Jestem Maxwell Cesar, bardzo, bardzo daleki kuzyn Fleur.
Prawie
roześmiała się kpiąco, kiedy wyjątkowo dźwięcznie i mocno podkreślał te swoje
„bardzo”, jakby przekazując jej, że nie są rodziną i mogą się trochę zbliżyć.
Potem
przedstawił jej się średniowysoki, cholernie napakowany czarnowłosy Guy, który
był dość burkliwy a jego głos brzmiał prawie tak, jak ciężki baryton Hagrida.
Trzeci
chłopak wydał jej się najbardziej interesujący i sympatyczny. Był najwyższy z
nich, miał jaśniejsze, brązowe włosy, w których widać było kilka złotych
kosmyków. Jasne, kształtne usta uniesione były bardzo lekko w prawie
niewidocznym uśmiechu. Był dobrze zbudowany, ale bez przesady. Tylko jego oczy
owiane były tajemnicą. Ciemne, prawie czarne, błyszczące i przenikliwe.
Zaskakująco przyciągające. Jak magnez.
-Basile –
wyciągnął do niej rękę, a ona podała mu swoją, po chwili czując na niej lekki
pocałunek. Szarmancki!
Nie było w
tym geście nic osobliwego, kokieteryjnego – był poważny, z dobrego domu
i po prostu
przejął maniery od dobrze wychowanych Francuzów.
- Jestem
Ginny – uśmiechnęła się łagodnie, patrząc mu prosto w oczy.
-Witaj,
Jestem Ginny. Miło się na ciebie patrzy – zakomunikował.
-Hej, hej,
Bas, byłem WYRAŹNIE pierwszy! – odciągnął go z uśmiechem Maxwell, ujmując ją
pod rękę.
Pochylił
się nad nią tak, że jego długie włosy muskały jej czoło i wyszeptał jej coś na
ucho, niby to przelotnie i przypadkowo dotykając jaj karku a później policzka.
Odsunęła się od niego tylko troszeczkę, uśmiechnęła się wyjątkowo prowokacyjnie
i zrobiła gest, jakby miała ująć go za tors. I zrobiła to, przysunęła się do
niego, położyła mu dłonie na klatce piersiowej i z całej siły kopnęła go w
krocze.
Pisnął
wyjątkowo wysoko, łapiąc się za bolące miejsce i odsunął się od niej. Zaczął
kląć coś po francusku, oburzony.
-Ty szalona
dziewczyno! Taki diabeł w takiej małej… - Był wyraźnie rozgorączkowany a potem
jakby go olśniło i zmienił ton na swój tryb uwodziciela. – Zawsze jesteś taka?
Basile
położył mu rękę na ramieniu.
-Uważaj, bo
pani się zdenerwuje i stracisz to i owo – uśmiechnął się chłodno i odszedł , prowadząc pod rękę bardzo
zdenerwowaną i chyba bliską łez Ginny.
-Chcę
wiedzieć, o co pytał? – rzucił ostrożnie, przyglądając się jej do niedawna
promiennej twarzy.
-Och, o nic
takiego. Chciał tylko wiedzieć, czy pomogę mu rozgościć się w jego wyjątkowo pustym
pokoju… – Rudowłosa zaczerwieniła się lekko. – … A „po wszystkim” w pościeleniu
łóżka.
-Palant – syknął, dodając jej otuchy
ściśnięciem dłoni i pokrzepiającym uśmiechem.
Weszli do pięknie
przystrojonego, ogromnego, złotego namiotu i poszukali stolika, gdzie mogliby
spokojnie usiąść, z daleka od upierdliwej rodziny Ginny i napastliwych kolegów
Basile’a.
Wszystko
wyglądało wspaniale. Magiczny zespół ustawiał się na scenie pod wielkim,
kwiecistym napisem „Sto lat młodej parze!” i wyjątkowo pięknymi zdjęciami
przystojnego Billa i ślicznej Fleur. A Fred i George... och, Fred i George zabawiali razem piękną kuzynkę półwilę. Parsknęła, widząc to. Oni dwaj... Och, biedna dziewczyna.
-Ile masz
lat, Jestem Ginny? – zapytał chłopak, nalewając jej szampana.
-Szesnaście,
skończyłam kilka dni temu.
Spojrzał na
nią i uśmiechnął się. Już otwierał buzię, kiedy dobiegł ich męski głos.
-W takim
razie dzieli was tylko nieszczęsny rok.
Odwrócili
się i zobaczyli czerwonego na twarzy Rona, który wyglądał, jakby zaraz miał
wybuchnąć. Obok niego stał Harry, wyjątkowo poważny i wyprostowany pod postacią
jakiegoś rudowłosego chłopca z sąsiedztwa. Gdyby spojrzenia mogły zabijać… Och,
lepiej nie myśleć.
-To twoi…?
– zapytał Basile, unosząc brew.
Harry już
chciał coś odwarknąć, ale Ginny szybko mu przerwała.
-Kuzyn! I
brat – posłała Harry’emu wyjątkowo wściekłe, kocie spojrzenie, bo wiedziała, że
gdyby tylko zabrał głos, zaraz by się wygadać. A nie można było ufać
nieznajomym.
Francuz
uniósł brwi jeszcze wyżej.
-W takim
razie nie będę wam przeszkadzał. – Zmierzył chłopców długim spojrzeniem,
uśmiechnął się kpiąco i wstał. – Do zobaczenia, Jestem Ginny.
Odszedł, nim
zdołała odburknąć jakieś pożegnanie. Śledziła go wzrokiem i dopiero gdy całkiem
zniknął z pola widzenia, syknęła:
-Ron, co
ty, na Merlina, wyprawiasz?
-Och, mam
patrzeć, jak moja siostra flirtuje z jakimś ohydnym Francuzem?
-Poznałam
go przed pięcioma minutami! – krzyknęła, wstając. – A ty, Harry? Też myślisz,
że byłabym na tyle inteligentna, by wdawać się z nim z jakieś bliższe relacje?
Harry nie
odpowiedział.
-Świetnie –
warknęła. – Re-we-la-cyj-nie. Żegnam panów, wy cholerni hipokryci.
Odwróciła
się na pięcie, zarzuciła swoimi wyjątkowo pięknymi włosami i odeszła szybko,
byleby tylko znaleźć się od nich jak najdalej. Niedługo ją zostawią – jej
najlepsi przyjaciele!, nie mówiąc jej, po co wyruszają w tak daleką drogę i nie
pozwalają, by znalazła sobie nowych znajomych. Och, jasne, kiedy oni będą w
trójkę ratować świat, ona ma siedzieć sama i płakać. Niedoczekanie!
-Jezu, jaka
ona piękna – wykrztusił Harry, po czym oberwał w głowę.
-Ej, to
moja siostra, palancie! Obiecałeś!
Haha, boże, dziękuję za dedykację, lizz:* I mam nadzieję, że wyjazd rzeczywiście będzie udany, przed południem toczyłam walkę z walizką, ale na szczęście wygrałam!
OdpowiedzUsuńOoo, że ja tego nie zauważyłam jak ostatnio czytałam ten rozdział! ;o Ten Maxwell Cesar jest strasznie, przerażająco, aż nieprawdopodobnie podobny do pana Alvaro M! I to nie tylko z opisu wyglądu, ale z charakteru i samego sposobu bycia! Dobrze, że Ginny mu przyłożyła, czuję się z tym o wiele lepiej :D Należało mu się, mogłabym ją wypożyczyć, żeby także uszkodziła M to i owo? Co ty na to? XD
Haha, Jestem Ginny <3 Jeny, jak ja kocham tego bloga noo :c Czyli jak wrócę za tydzień to będzie mnie już czekał nowy rozdział! Kurde, warto żyć dla takich chwil!
kocham<3
Boże, kocham cię, głupku haha :) Jestem jak najbardziej za - Jestem Ginny też na pewno się zgodzi! :3 Chociaż, panu M. to ja bym sama chętnie przyłożyła bez pomocy Rudej...
UsuńTen rozdział to jak na razie mój ulubiony, a następne będą lepsze, także czeka cię następny rozdział, powiem ci!
Dziękuje:*, Lizz
Dobra, to ja też jeszcze wkroczę do akcji i we trzy na niego napadniemy XD Biedaczek, och jak mi go żal... XD
UsuńTaktaktak! <3 A więc jak będę w domu to chcę go już widzieć na blogu i nie przyjmuję w ogóle innej opcji! :D
dobra, z naszą trójką... uhuhu :D
UsuńI dobrze:*
Koniec psot!