wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział II - Wyjątkowy spacer bliźniaków.

Kilka dni przed ślubem pani Weasley, pani Delacour, która była niesamowicie piękną kobietą, oraz sama Fleur  biegały po Norze w całym tym ogromnym rozgardiaszu pilnując, by wszystko dopięte było na ostatni guzik. Na zmianę wrzeszczały na wszystkich i wybuchały płaczem, padając sobie w ramiona.
Ginny przyglądała się temu z kpiącym uśmieszkiem, siedząc po turecku na kanapie 
w salonie i przygotowując dodatkowy prezent dla Billa. Właśnie skończyła ostatnią przymiarkę swojej złotej sukni i pomiędzy siódmym a ósmym dźgnięciem szpilką przez nieco zdenerwowaną kuzynkę Fleur, Bernadettę, wpadła na ten pomysł. Postanowiła zrobić magiczny, czarnobiały kolaż ruszających się zdjęć rodzeństwa Weasley jeszcze 
za czasów „wolności” Billa z wściekle czerwonym napisem „Na zawsze”.
Na pierwszym zdjęciu Fred i George unieśli ją do góry i posadzili na swoich ramionach. Zdjęcie zostało zrobione tego lata. Chłopcy uśmiechali się promiennie i machali do aparatu, spoglądając na nią z czułością, a Ginny śmiała się w głos, usiłując zachować równowagę.
Kolejne zdjęcie przedstawiało ich pod choinką, kiedy miała 14 lat. Bill i Charlie objęli ją 
z obydwóch stron mocnym uściskiem, bliźniacy unieśli kciuki, dając sobie nawzajem kuksańce. George dodatkowo okładał Freda książką od Historii Magii, która musiała należeć do Hermiony. Kto inny czytałby Historię Magii w święta? Kto w ogóle czytałby 
w święta?
Zaśmiała się, bo na tej samej fotografii mignął Percy, który ustawił aparat i biegł na złamanie karku, by załapać się na rodzinne zdjęcie.
Z tyłu stał Ron, który doprawił mu różki za pomocą dwóch palców.
Trzecia fotografia przedstawiała Ginny i Rona na błoniach, obejmujących się niezgrabnie. Mieli rozwiane włosy, zamglone oczy i widać było, że są szczęśliwi.
 Ron złożył na jej policzku mokrego, braterskiego całusa.
Na następnym zdjęciu byli Bill i Charlie przy smokach w Rumunii ze śmiesznymi minami, potem Ron rzucający śnieżkami w Percy’ego i Billa. Dokleiła jeszcze kilka zabawnych, wyjątkowo słodkich zdjęć z dzieciństwa i spojrzała na puste miejsce.
Ostatnie zdjęcie było najpiękniejsze. Przedstawiało tegoroczne walentynki (wypadły akurat ferie zimowe), kiedy wszyscy bracia ubrali się w garnitury, muszki czy krawaty, przygładzili włosy (Zachichotała myśląc, że tylko Harry nie miał tyle szczęścia) i otoczyli ją, ubraną w różową sukienkę w serduszka, która rozszerzała się w pasie. Wyglądali uroczo, stojąc czy klęcząc przed nią z wyciągniętymi do niej dłońmi, udając jej zalotników. Bill był taki beztroski, a teraz Flegma miała to zmienić?
Odwróciła się, kiedy jakaś delikatna, mała dłoń wylądowała na jej ramieniu.
-O czym myślisz, Gin-Gin? – zapytała cicho Hermiona. – Boże, to moja książka od Historii Magii! Niech ja go tylko… Zastanawiałam się, dlaczego jest taka wygięta! Niech cię szlag, George’u Weasley’u!
Spojrzała na przyjaciółkę i uśmiechnęła się. Hermiona była bardzo ładną czarodziejką. Miała burzę brązowych, puszystych włosów, różowe, pełne policzki, nieśmiały uśmiech
 i ładną, szczupłą, ale zdrową figurę. Mimo to często płakała jej w ramię z powodu swoich licznych kompleksów, których Ginny nie rozumiała.
Zignorowała paplanie o zemście na jednym z bliźniaków i westchnęła nieskończenie ciężko i nieskończenie głęboko.
-Znowu myślisz o Fleur, prawda?
-Tak – odpowiedziała, zaciskając usta. – Wiesz, niby nie jest zła, ale on zawsze był inny… A jeśli się zmieni?
Hermiona wybuchła perlistym, głośnym śmiechem i popukała się w czoło.
-Daj spokój, Gin! Kto jak kto, ale ty go znasz! Bill się nie da tej całej  Flegmie – zakończyła rozmowę z chytrym uśmieszkiem i szybko uściskała rudowłosą.


                                                                            ***

Ginny przechadzała się po skraju lasu tuż przy jeziorze, węsząc. Przyspieszyła krok do truchtu a wiatr dodawał jej skrzydeł. Przeskoczyła zręcznie i wysoko nad sporą skałą. Zmrużyła kocie oczy, rozglądając się. Ktoś się zbliżał!

George i Fred Weasley’owie wybrali się na przechadzkę tuż po zmierzchu, by w spokoju  obmyślić nowe produkty bez okazji bycia podsłuchanym przez Uszy Dalekiego Zasięgu – czyli, bądź co bądź, ich własną, cholerną broń!
Własnie kłócili się o coś półgłosem, zawzięcie gestykulując, kiedy zza najbliższych krzewów wyskoczył dość duży kształt, lądując kilka metrów przed nimi.
-Aaaaaaaaaaaa! Czy to…
-…lew?! – dokończył Fred, szukając niezdarnie swojej różdżki.
Widząc przerażenie w ich oczach, Ginny zachichotała w duchu, obserwując sytuację.
Po chwili skupiła całą swoją magię, warknęła, wytwarzając wokół siebie niesamowicie jasną, białą poświatę i zmieniła się z powrotem w człowieka.
Wybuchła śmiechem, siadając na ziemi, by nie upaść. Boże, tak uroczo wyglądali, wycofując się powoli i nie mogąc znaleźć różdżek! Z jej oczu pociekły łzy i teraz już naprawdę nie mogła się uspokoić.
-Ginewro Molly Weasley… - zaczął Fred.
-…chciałaś, żebyśmy zeszli na zawał?! – George zrobił wielkie oczy.
Po chwili krzyczenia (Jesteś podła, siostro!), gróźb („Jeśli powiesz o tym Ronusiowi, udoskonalę twojego upiorogracka i pierwszy raz to ty go posmakujesz!”), błagania (Proszę, nie mów mamie, będzie się z nas śmiać do końca życia!), dołączyli do niej 
na trawie.
-Teraz poważnie – powiedział Fred, kiedy już się uspokoiła.
George przeczesał włosy ręką i przetarł twarz.
-Jak to zrobiłaś?
Uśmiechnęła się z politowaniem.
-Jestem animagiem, Georgie, animagiem.
Młodszy z bliźniaków o mało co się nie opluł. Ich mała, krucha siostrzyczka miała prawdopodobnie więcej mocy magicznej niż oni wszyscy. A  niż Percy i Charlie szczególnie! Nie wiedzieli co powiedzieć. Spojrzeli po sobie szybko, usiłując zataić
 przed nią wstyd.
-Ktoś o tym wie?
-McGonagall – odparła. - Przyłapała mnie na błoniach i, swoją drogą, wybrałyśmy się wtedy na kocią, nocną przechadzkę… - odparła zakłopotana.
Fred roześmiał się.
-Ach, to przecież normalne, wymykać się z zamku jako kot pod osłoną nocy
 z wicedyrektorką…
-Czekaj. Jakim jesteś gatunkiem?
-Białą lwicą jaskiniową. Nie było jeszcze w historii takiego animaga! – uśmiechnęła się
 z dumą, powtarzając słowa opiekunki domu.
Że co, kurde? Na Merlina, cholera jasna, motyla noga.


3 komentarze:

  1. Zawsze żal mi było Fleur, że jest tak traktowana, ech. :c Ginny taka twarda :> Hahah, wiesz kogo mi przypominają Fred i George w pewnym momencie? Timona i Pumbę, SERIO XD Boże jak ja ich kocham<3 Weź ich nie uśmiercaj, co? :c Są tacy kochani, zrób to dla mnie, ok? :c <3 Dla Riki.
    Gin-Gin lwica, grrr, to mi się podoba. Jeny ja tak bardzo kocham, jak piszesz :c Cieszę się, że wróciłaś, uwielbiam Cię! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sama uwielbiam Fleur i później będzie naprawdę świetna - sama zobaczysz:)
    Hahah, w sumie może trochę... Kocham i ten duet i ten duet! Co do uśmiercania - sama zobaczysz, co się stanie. :) Też się strasznie cieszę, że znów jestem i to z lepszym repertuarem niż kiedyś!
    Dziękuję, mentorko <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Lizz ! :)
    Rozdział bardzo mi się podobał, zaskoczeni bliźniacy - super!
    Czekam na następny, L. :) :*

    OdpowiedzUsuń