sobota, 26 lipca 2014

Rozdział IV - Do zobaczenia, Jestem Ginny

Rozdział ze specjalną dedykacją dla Mariki, bo prosi mnie o nie ciągle :( Miłego wyjazdu tak w ogóle! <3 :) I dzięki za motywację! Następne co tydzień!

***




W dzień wesela Ginny była na nogach już o szóstej rano, by pomóc w  dekorowaniu podwórza. Narzuciła na siebie luźną, szarą sukienkę, wsunęła stopy w czarne pantofelki i zeszła po schodach, mijając rozemocjonowaną Gabrielle – młodszą siostrę Fleur, która również miała być druhną.
-Fleur jest prześliczną ziewszyną! Chcesz zajrzić? – zagruchała.
Weszły do pokoju, w którym trwały przygotowania panny młodej. Miała na sobie tylko bieliznę i robiony na bieżąco makijaż, więc Ginny pokręciła głową i uśmiechnęła się słodko.
-Gabrielle, słońce ty moje, o czym ty, na Merlina, mówisz? Ona nie jest gotowa!
Podeszła do Fleur, ucałowała ją w oba policzki i zapewniła, że wszystko pójdzie idealnie, po czym  zeszła na dół.
Harry, ustawiający z Ronem i Charlie’m stoły i krzesła, przywitał się z nią niesamowicie słodkim i przyjemnym całusem w usta, by chwilę później ją przytulić.
Molly Weasley uśmiechnęła się, otarła łzę z kącika oka i powróciła do robienia wraz z matką swojej synowej szwedzkiego stołu.
George i Fred zawieszali balony i inne dekoracje, dbając o wspaniały wygląd otoczenia.
Artur wraz z panem Delacour przechadzali się tam i z powrotem, od swoich żon do pokojów w Norze, szykując noclegi.
Dzisiejszy dzień miał być najpiękniejszym dniem całego lata. Na tę myśl Ginny zachichotała. No, może poza jednym…



                                                                          ***


Ginny, mimo że była bardzo zmęczona i śpiąca, stała wytrwale w swojej złotej, pięknej sukni (Oczywiście według ciotki Muriel zbyt bardzo wydekoltowanej! Nie omieszkała tego wytknąć. Na głos. Kiedy Ginny szła z panną młodą do Billa.) za Fleur całą ceremonię. Uroniła nawet kilka łez, ciesząc się ze szczęścia jej brata i myśląc, czy kiedyś będzie jej dane stanąć przed ołtarzem z jej ukochanym. Była pewna, że resztę życia chce spędzić z Harry’m Jamesem Potterem. A teraz miał zniknąć nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na ile, nie wiadomo po co… I nie wiadomo też, czy wróci.
Odgoniła od siebie te myśli i uśmiechnęła się, posyłając Hermionie porozumiewawcze spojrzenie. Ta zrobiła smutną minę i widać było, że jej przykro.
Wreszcie po pięknym zakończeniu ślubu (długim, miłosnym pocałunku pary młodej i kilkoma znaczącymi chrząknięciami Muriel) Bill podziękował wszystkim gościom i zaprosił ich na zabawę do namiotu.
Ginny przypadło  odprowadzenie kilku młodych czarodziejów, znajomych Fleur z Francji, którzy, niestety, doskonale mówili po angielsku. Obsunęła szybko sukienkę niżej i poprawiła lśniące włosy tak, by choć częściowo zasłaniały jej dekolt. Szła w stronę grupy Francuzów naburmuszona, póki Artur nie spojrzał na nią karcąco, udając, że unosi palcami kąciki ust. Przywołała więc uśmiech, zgromiła ojca wyjątkowo mocnym spojrzeniem i zatrzymała się przed młodymi mężczyznami.
-Dzień dobry – zagruchała, wciąż patrząc na Artura ze słodkim uśmiechem i oczami ciskającymi byłskawice. – Pozwolicie, żebym zaprowadziła was do namiotu?
Zamrugała uroczo oczami, a gdzieś z tyłu jej ojciec parsknął śmiechem, odchodząc wraz z jej ciotkami.
-No, no, no – zagwizdał jeden z jej nowych podopiecznych. Był wysoki, umięśniony i pewny siebie. Miał zaskakująco ładny, choć widocznie kokieteryjny uśmieszek, kiedy przesunął oczyma po jej smukłej sylwetce. – Jestem Maxwell Cesar, bardzo, bardzo daleki kuzyn Fleur.
Prawie roześmiała się kpiąco, kiedy wyjątkowo dźwięcznie i mocno podkreślał te swoje „bardzo”, jakby przekazując jej, że nie są rodziną i mogą się trochę zbliżyć.
Potem przedstawił jej się średniowysoki, cholernie napakowany czarnowłosy Guy, który był dość burkliwy a jego głos brzmiał prawie tak, jak ciężki baryton Hagrida.
Trzeci chłopak wydał jej się najbardziej interesujący i sympatyczny. Był najwyższy z nich, miał jaśniejsze, brązowe włosy, w których widać było kilka złotych kosmyków. Jasne, kształtne usta uniesione były bardzo lekko w prawie niewidocznym uśmiechu. Był dobrze zbudowany, ale bez przesady. Tylko jego oczy owiane były tajemnicą. Ciemne, prawie czarne, błyszczące i przenikliwe. Zaskakująco przyciągające. Jak magnez.
-Basile – wyciągnął do niej rękę, a ona podała mu swoją, po chwili czując na niej lekki pocałunek. Szarmancki!
Nie było w tym geście nic osobliwego, kokieteryjnego – był poważny, z dobrego domu
i po prostu przejął maniery od dobrze wychowanych Francuzów.
- Jestem Ginny – uśmiechnęła się łagodnie, patrząc mu prosto w oczy.
-Witaj, Jestem Ginny. Miło się na ciebie patrzy – zakomunikował.
-Hej, hej, Bas, byłem WYRAŹNIE pierwszy! – odciągnął go z uśmiechem Maxwell, ujmując ją pod rękę.
Pochylił się nad nią tak, że jego długie włosy muskały jej czoło i wyszeptał jej coś na ucho, niby to przelotnie i przypadkowo dotykając jaj karku a później policzka. Odsunęła się od niego tylko troszeczkę, uśmiechnęła się wyjątkowo prowokacyjnie i zrobiła gest, jakby miała ująć go za tors. I zrobiła to, przysunęła się do niego, położyła mu dłonie na klatce piersiowej i z całej siły kopnęła go w krocze.
Pisnął wyjątkowo wysoko, łapiąc się za bolące miejsce i odsunął się od niej. Zaczął kląć coś po francusku, oburzony.
-Ty szalona dziewczyno! Taki diabeł w takiej małej… - Był wyraźnie rozgorączkowany a potem jakby go olśniło i zmienił ton na swój tryb uwodziciela. – Zawsze jesteś taka?
Basile położył mu rękę na ramieniu.
-Uważaj, bo pani się zdenerwuje i stracisz to i owo – uśmiechnął się chłodno i  odszedł , prowadząc pod rękę bardzo zdenerwowaną i chyba bliską łez Ginny.
-Chcę wiedzieć, o co pytał? – rzucił ostrożnie, przyglądając się jej do niedawna promiennej twarzy.
-Och, o nic takiego. Chciał tylko wiedzieć, czy pomogę mu rozgościć się w jego wyjątkowo pustym pokoju… – Rudowłosa zaczerwieniła się lekko. – … A „po wszystkim” w pościeleniu łóżka.
 -Palant – syknął, dodając jej otuchy ściśnięciem dłoni i pokrzepiającym uśmiechem.
Weszli do pięknie przystrojonego, ogromnego, złotego namiotu i poszukali stolika, gdzie mogliby spokojnie usiąść, z daleka od upierdliwej rodziny Ginny i napastliwych kolegów Basile’a.
Wszystko wyglądało wspaniale. Magiczny zespół ustawiał się na scenie pod wielkim, kwiecistym napisem „Sto lat młodej parze!” i wyjątkowo pięknymi zdjęciami przystojnego Billa i ślicznej Fleur. A Fred i George... och, Fred i George zabawiali razem piękną kuzynkę półwilę. Parsknęła, widząc to. Oni dwaj... Och, biedna dziewczyna.
-Ile masz lat, Jestem Ginny? – zapytał chłopak, nalewając jej szampana.
-Szesnaście, skończyłam kilka dni temu.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Już otwierał buzię, kiedy dobiegł ich męski głos.
-W takim razie dzieli was tylko nieszczęsny rok.
Odwrócili się i zobaczyli czerwonego na twarzy Rona, który wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Obok niego stał Harry, wyjątkowo poważny i wyprostowany pod postacią jakiegoś rudowłosego chłopca z sąsiedztwa. Gdyby spojrzenia mogły zabijać… Och, lepiej nie myśleć.
-To twoi…? – zapytał Basile, unosząc brew.
Harry już chciał coś odwarknąć, ale Ginny szybko mu przerwała.
-Kuzyn! I brat – posłała Harry’emu wyjątkowo wściekłe, kocie spojrzenie, bo wiedziała, że gdyby tylko zabrał głos, zaraz by się wygadać. A nie można było ufać nieznajomym.
Francuz uniósł brwi jeszcze wyżej.
-W takim razie nie będę wam przeszkadzał. – Zmierzył chłopców długim spojrzeniem, uśmiechnął się kpiąco i wstał. – Do zobaczenia, Jestem Ginny.
Odszedł, nim zdołała odburknąć jakieś pożegnanie. Śledziła go wzrokiem i dopiero gdy całkiem zniknął z pola widzenia, syknęła:
-Ron, co ty, na Merlina, wyprawiasz?
-Och, mam patrzeć, jak moja siostra flirtuje z jakimś ohydnym Francuzem?
-Poznałam go przed pięcioma minutami! – krzyknęła, wstając. – A ty, Harry? Też myślisz, że byłabym na tyle inteligentna, by wdawać się z nim z jakieś bliższe relacje?
Harry nie odpowiedział.
-Świetnie – warknęła. – Re-we-la-cyj-nie. Żegnam panów, wy cholerni hipokryci.
Odwróciła się na pięcie, zarzuciła swoimi wyjątkowo pięknymi włosami i odeszła szybko, byleby tylko znaleźć się od nich jak najdalej. Niedługo ją zostawią – jej najlepsi przyjaciele!, nie mówiąc jej, po co wyruszają w tak daleką drogę i nie pozwalają, by znalazła sobie nowych znajomych. Och, jasne, kiedy oni będą w trójkę ratować świat, ona ma siedzieć sama i płakać. Niedoczekanie!
-Jezu, jaka ona piękna – wykrztusił Harry, po czym oberwał w głowę.
-Ej, to moja siostra, palancie! Obiecałeś!


4 komentarze:

  1. Haha, boże, dziękuję za dedykację, lizz:* I mam nadzieję, że wyjazd rzeczywiście będzie udany, przed południem toczyłam walkę z walizką, ale na szczęście wygrałam!
    Ooo, że ja tego nie zauważyłam jak ostatnio czytałam ten rozdział! ;o Ten Maxwell Cesar jest strasznie, przerażająco, aż nieprawdopodobnie podobny do pana Alvaro M! I to nie tylko z opisu wyglądu, ale z charakteru i samego sposobu bycia! Dobrze, że Ginny mu przyłożyła, czuję się z tym o wiele lepiej :D Należało mu się, mogłabym ją wypożyczyć, żeby także uszkodziła M to i owo? Co ty na to? XD
    Haha, Jestem Ginny <3 Jeny, jak ja kocham tego bloga noo :c Czyli jak wrócę za tydzień to będzie mnie już czekał nowy rozdział! Kurde, warto żyć dla takich chwil!
    kocham<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, kocham cię, głupku haha :) Jestem jak najbardziej za - Jestem Ginny też na pewno się zgodzi! :3 Chociaż, panu M. to ja bym sama chętnie przyłożyła bez pomocy Rudej...
      Ten rozdział to jak na razie mój ulubiony, a następne będą lepsze, także czeka cię następny rozdział, powiem ci!
      Dziękuje:*, Lizz

      Usuń
    2. Dobra, to ja też jeszcze wkroczę do akcji i we trzy na niego napadniemy XD Biedaczek, och jak mi go żal... XD
      Taktaktak! <3 A więc jak będę w domu to chcę go już widzieć na blogu i nie przyjmuję w ogóle innej opcji! :D

      Usuń
    3. dobra, z naszą trójką... uhuhu :D
      I dobrze:*
      Koniec psot!

      Usuń